Zespół Lucy In Blue pochodzi z Islandii, gdzie niezwykle tłoczno robi się od interesujących artystów. Jakakolwiek byłaby geneza niebywałego rozkwitu tamtejszej sceny, warto podkreślić jej różnorodność. Metal, post rock, muzyka elektroniczna, new wave – zdaje się, że czego by się na wyspie gejzerów nie tknęli – wychodzi złoto. W tym zaś przypadku – podobnie jak za sprawą rockandrollowców z The Vintage Caravan – mamy do czynienia z ciekawą reinterpretacją tego, co działo się w muzyce rockowej w latach 60. i 70. O ile jednak wspomniani koledzy po fachu (z którymi Lucy In Blue grała wspólne koncerty) wolą dziarskiego, przybrudzonego hard rocka, o tyle Steinþór Bjarni Gíslason (gitara i wokal), Arnaldur Ingi Jónsson (klawisze i wokal), Kolbeinn Þórsson (perkusja) i Matthías Hlífar Mogensen (bas), częstują nas jasnymi nawiązaniami do progresywnej i psychodelicznej sceny tamtych dekad.
Już debiut kwartetu, zatytułowany po prostu Lucy In Blue, zdradzał spore umiejętności i wrażliwość muzyków zasłuchanych w Pink Floyd przede wszystkim, ale nie tylko, bo muzycznych tropów można było znaleźć w ich nagraniach całkiem sporo. Być może poprzednia płyta była bardziej efektowna niż In Flight, pozornie bogatsza w pomysły, mocniejsza pod względem zastosowanych środków, jednak niektóre z zawartych na niej nawiązań mogły nieco razić zbytnią dosłownością – jakby zespół nieco cynicznie kopiował pewne patenty (inna sprawa, że momentami w sposób mistrzowski). Tym razem mamy do czynienia z większą subtelnością działań.
Owszem, wciąż rozpoznamy w twórczości Lucy In Blue floydowskie klimaty – już wstęp do pierwszej części otwierającej płytę kompozycji Alight, Pt. I bliski jest kołyszącym, sennym dźwiękom Breath (In the Air) z Dark Side Of The Moon, a praca sekcji rytmicznej w pewnym fragmencie tytułowego In Flight mogłaby być wzięta z albumu Wish You Were Here. Znajdziemy tu też pewną baśniową zwiewność propozycji Camel albo Genesis, słyszalną przede wszystkim w analogowych, klawiszowych plamach, które przenoszą nas myślami do innych wymiarów. Z kolei gitara Gíslasona pod koniec znakomitego Respire zabrzmi bardzo „frippowsko” (duch King Crimson także jest obecny na tym albumie, zwłaszcza w melodyce). Niemniej poprowadzone to wszystko z taką finezją, wyczuciem, lekkością, jakąś mistyczną, podskórną tajemnicą, że zwyczajnie In Flight przykuwa uwagę i czaruje słuchacza, a pewne słyszalne inspiracje nie zabierają przyjemności obcowania z propozycją Islandczyków.
Zespół stawia na prostotę środków, podaną jednak w formalnie rozbudowanych kompozycjach. Można odnaleźć w nich sporo klimatu i raczej nastrojowych pejzaży, ale muzycy potrafią też pobawić się rytmiką, nieco bardziej poszaleć, ciut odpłynąć, może nawet zaniepokoić, albo po prostu podać dźwięki z większym nerwem (jak w Matricide albo w Tempest). In Flight to jednak płyta bardzo oniryczna (ale nie usypiająca), pełna melodii, snująca się z pozoru leniwie, ale jednocześnie zanurzająca słuchacza w oceanie intensywnych, lekko psychodelicznych doznań, które zmuszają do uwagi. Potrafią na tym wydawnictwie zachwycić detale – a to prosta melodia (motyw przewodni z początku Respire czy tytułowego In Flight), a to interesujące harmonie wokali (Alight, Pt. II), albo rozedrgana gitara akustyczna (początek Núverandi), czy w końcu bogactwo klawiszowych rozwiązań (od dźwięków fortepianu, poprzez hammondowe zagrywki, po niemal meletronowe ściany dźwięku) serwowanych przez Jónssona.
Jedno jest pewne – płyta In Flight to album, który miłośnicy art rocka i wintydżowych, lekko psychodelicznych klimatów muszą sprawdzić. Wierzę też, że muzyka Lucy In Blue może przypaść do gustu nie tylko fanom prog rockowych gigantów sprzed dekad, ale też tym, którzy zasłuchują się w nowszych dokonaniach Opeth – w końcu także spadkobiercach tamtej tradycji – czy miłośnikom retro klimatów przywoływanych przez Jacco Gardnera albo The Coral (zwłaszcza z okresu jednego z moich ulubionych albumów, The Curse Of Love).
Ktoś powie – no dobrze, wszystko się tu zgadza, tyle tylko, że szlaki wytyczali giganci, a młodzi muzycy poszli ich tropem. Może. Natomiast wiem na pewno, że będę do nagrań chłopaków powracał i z niecierpliwością wyczekiwał kolejnych albumów. Intuicja podpowiada mi, że Lucy In Blue stać na jeszcze więcej, a przebłyski genialności, które niewątpliwie słychać na In Flight można rozwinąć w coś, co pozwoli – zwłaszcza przy zwiększonej dawce oryginalności – zajść naprawdę daleko. Na razie nie padłem na kolana, ale przyklęknąłem przed nimi. Czy ocena jest zawyżona? Może ciut. No i nieładnie rozpieszczać tak młody zespół zbyt dużą ilością pochwał. Z drugiej strony warto odnotować pojawienie się płyty niosącej ze sobą całkiem sporą dawkę dźwiękowej magii.
ocena: 9/10
Oficjalna strona zespołu na Facebooku
- Infernal Codex – „Fog of Forgotten Souls” (2026) - 13 lutego 2026
- StygmatH – „Burning Memories” (2026) - 13 lutego 2026
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2019, 70's, album, art rock, cd, Iceland, In Flight, Islandia, Karisma Records, kvlt, Lucy In Blue, muzyka alternatywna, młode zespoły, nowa płyta, pemiera, prog rock, psychodelic rock, recenzja, record, review, rock, rock progresywny, Soulfood, vintage rock, zaspoły z Islandii.






