Gdy docierają do mnie kolejne, francuskie podziemne wydawnictwa, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ilość black metalowych, jednoosobowych projektów w tym kraju przekracza wszelkie normy i rośnie w postępie geometrycznym. Malemente tworzy bliżej nieznany osobnik o tym samym pseudonimie i za sprawą Black Shadow Legions wydał w tym roku swoje pierwsze, limitowane do zatrważającej ilości trzydziestu sztuk demo.
Jak na demo to całkiem sporo muzyki, bo prawie pół godziny. Pięć utworów osadzonych w niezwykle surowej, bardzo dusznej atmosferze najbardziej złego blacku. Pierwszy utwór to zmasowany atak na skandynawską modłę, z wyraźnie wyłaniającym się motywem przewodnim, zaczerpniętym z leśnych odmętów. Niechlujność wykonawcza, brzmieniowe barbarzyństwo, smród i duchota, od której momentalnie zalewa pot. Dawno nie słyszałem czegoś równie nieokrzesanego, choć trzeba uczciwie przyznać, że Francuz w swych szalonych zapędach nie traci wątku i morduje dźwiękiem pewnie i zdecydowanie. Wyjątkowy jest natomiast numer tytułowy – to pozbawiony ścieżek perkusyjnych gitarowy pasaż zawieszony na piwnicznych wyziewach i podsycony zróżnicowanymi, bardzo złowieszczymi okrzykami, a niektórych pozazdrościłby sam Attila Csihar. Wokale to w ogóle najmocniejszy element tego wydawnictwa, bo chociaż nie zawsze przemyślane, to jednak podnoszące włos na grzbiecie. A w połączeniu z dryfującym, gitarowym noisem, w który niepostrzeżenie zamieniła się muzyka, wręcz przeraża. Sekcja rytmiczna jeszcze się pojawi, ale już nie po to, żeby niszczyć pędem wszystko, co spotka na swej drodze. W Le Bal Des Pendus spełnia rolę łańcucha, który spętał nieco kosmiczny, czarny hałas w bardziej przyswajalne, marszowe ramy. Dużo w tym północnego, zwłaszcza fińskiego charakteru, bo riffy znów zaczynają kierować się na leśne ścieżki.
Po kilku odsłuchach widać brak spójności i przewodniego charakteru muzyki. To demo składa się z bardzo ciekawych momentów, czasami wręcz doskonałych, robiących piorunujące wrażenie. Ale wycieczka z leśnego blacku na zakotwiczony w przestrzeni kosmicznej noise to trochę za dużo, przynajmniej na tym poziomie wykonawczo-kompozycyjnym. Jeśli twórca chciał pokazać, że umie w obie bajki, to może z czystym sumieniem postawić sobie mocną czwórkę, ale połączenie obu historii w ciekawą, spójną i logiczną opowieść nie do końca wyszło. Niemniej, potencjał jest więcej niż duży, a i do Les Rudiments Du Mal będę wracał z dobrym nastawieniem.
Ocena: 7/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022
Tagi: 2019, album review, black metal, Black Shadow Legions, demo tape, french black metal, Les Rudiments Du Mal, Malemente, recenzja.






