Martim Monitz – „Alba” (2019)

„Post-noise, post-punk, post-hardcore i inne posty. Bez karnawału…” – w taki oto zabawny, nieco przekorny, ale cholernie trafny sposób próbuje określić własną twórczość zespół Martim Monitz na facebookowej stronie. Rzeczywiście wypada się z tym wszystkim zgodzić, bo utwory poznańskiej kapeli tkwią w garażowym, punkowym, noise’owym dziedzictwie lat 90., a jednocześnie uciekają od piosenkowej oczywistości, modulują swoją formę, skręcają w nieoczekiwane rejony, dążą do niestandardowego wykorzystania możliwości i ograniczeń, jakie daje tworzenie w klasycznym rockowym power trio – czego zresztą najlepszym przykładem jest ponad dziesięciominutowa kompozycja Albo. A zatem przedrostek „post” jest jak najbardziej adekwatny względem drugiego albumu zespołu.

Tyle że w przypadku Martim Monitz nazewnictwo i szufladkowanie nie ma większego sensu, bo z kilku pozornie znanych elementów udało się ulepić wypowiedź niezwykle oryginalną. Można próbować porównywać Poznaniaków do różnych znanych bandów, ale i wnioski nasuną się błyskawicznie, że grają po prostu coś swojego. Wystarczy sięgnąć po płytę Alba, by znaleźć się w odrębnym muzycznym świecie, dodajmy niezbyt radosnym, „bez karnawału” właśnie. Rzecz nie tylko w zgrzytliwych, często programowo drażniących, a jednocześnie pociągających swą surowością dźwiękach. Martim Monitz nie boi się pozbawiać słuchaczy komfortu za sprawą swych polskich tekstów. Te często tyczą się introwertycznych, intymnych przemyśleń, mierzących się z wyobcowaniem, samotnością, brakiem wewnętrznego spokoju czy po prostu śmiercią (Ona wyciąga dłoń / jest lekka jak opłatek snu). Nie ma tu jednak dosłowności, bo liryki Piotra Szczepańskiego opierają się na metaforze, poetyckiej, ale też do bólu szczerej (Kiedy lecisz jak wiatr, zapominasz / Że jesteś tylko kroplą śliny wyplutą z ust bandyty), która pozwala na miejsce do interpretacji – być może błędnej, ale przecież sztuka polega też na prawu odbiorcy do błądzenia. Zespół nie waha się też zabrać głosu w sprawach społecznych, choćby robiącym niesamowite wrażenie, przewrotnym, ale jakże bolesny (Nowy hymn polski). A że Szczepański wraz z Klaudiuszem Kwapiszewskim umiejętnie potrafią –  i to bez jakiś sztuczek i mizdrzenia się do publiczności – przekazywać zawarte w tekstach emocje, te trafiają jeszcze celniej do słuchacza.

Nie jest to płyta wesoła, nie nada się na party, brak tutaj wybitnie chwytliwych momentów. Trzeba jej wysłuchać w całości, w oderwaniu od codziennych zajęć. Niespełna godzina materiału to dużo, może nawet zbyt dużo, przy tej dawce liryczno-muzycznej intensywności, ale takie właśnie albumy jak Alba są potrzebne, a nawet konieczne, by podtrzymać ogień alternatywnego rocka. Trio Jędrysiak/Kwapiszewski/Szczepański przywraca muzyce rockowej należny jej brud, nerwowość, nie zawsze oczywistą rytmikę, zabawę sprzężeniami, brumami z pieca, pozorną nonszalancję. Dodam jeszcze, że zespół wspiera w kilku kawałkach saksofon (gościnny udział Bartłomieja Franka i Tomasza Gadeckiego), dostrajający się do kompozycji minorową, zgrzytliwą barwą. Ten brudny sound dętego instrumentu kojarzy mi się z legendarnym debiutem Brygady Kryzys, gdzie saksofon zabrzmiał podobnie – punkowo i z nerwem. Dzięki temu dostajemy płytę niedoskonałą, ale prawdziwą, pierwotną, niewygładzoną. A że garażowa muzyka łączy się tu z ciekawymi, choć również nie głaszczącymi słuchacza tekstami, to wypada jedynie stwierdzić, że częściej chciałoby się widzieć na rodzimym (i nie tylko) podwórku albumy takie jak Alba. Albo przynajmniej, by o podobnych płytach bywało głośniej, bo nie wątpię, że wciąż powstają.

ocena: 8,5/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

(Visited 2 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .