Master “An Epiphany Of Hate” (2016)

  •  
  •  
  •  
  •  

Dziwna sprawa z tym Master. Wszyscy Paula Speckmanna szanują, czapki z głów ściągają, ale jakoś na popularność zespołu nie ma to wpływu. Tak jakby ten szacun był tylko za to, że to swój chłop, który od trzydziestu lat robi to, co lubi i jeszcze na dodatek sam sprzedaje swój merch po koncertach. A muzyka? Na nią jakby mniej ludzi zwracało uwagę. Tymczasem takim albumem jak An Epiphany of Hate, Paul udowadnia, że muzyka jest najważniejsza.

Gdzieś ostatnio przeczytałem, że Master to taki death metalowy Motorhead. Gdyby założyć, że to prawda i że swoje Overkill i Ace of Spades już nagrali (za sprawą debiutu oraz On the Seventh Day God Created…Master), to teraz przyszła kolej na Aftershock. Amerykanie (a właściwie Amerykanin, Czech i Słowak) trzymają się swojej wizji śmierć metalu, który jest prosty, rwie do przodu, ale jest też przystępny. Żrące riffy i warczenie do mikrofonu Paula, okraszone są często punkowym feelingiem i thrashową motoryką. Do tego w każdym utworze odzywają się udane melodyjne sola. Słucha się tego naprawdę dobrze, całość wchodzi jak zimny Pilsner Urquell w upalny dzień i trudno przy tej płycie nie przesadzić z głośnością. Ciężko wyróżnić jakiś konkretny utwór, bo tak naprawdę każdy jest udany i każdy ma swoją rolę w budowaniu tego 45 minutowego monolitu. Jedynym minusem jest dla mnie brzmienie werbla, które jest tak intensywne, że czasami trudno mi się skupić na reszcie.

Kilkanaście ostatnich miesięcy przyniosło parę mocnych, death metalowych premier: Inked in Blood Obituary, czy Dead Man`s Path Malevolent Creation. Są to albumy, które nie zdetronizowały klasycznych pozycji z lat 80 i początku 90, ale są na tyle udane, że stanowią mocne punkty w dyskografii, będąc najlepszymi krążkami od lat. Teraz do tego grona dołącza An Epiphany of Hate.

Ocena: 8/10

Tagi: , , , , , , , .