Menstruophagist – “Lollipocracy” (2015)

Dość długo zabierałem się do tej recenzji. Prawdę mówiąc, to dalej nie jestem przekonany co do sposobu, w jaki powinienem Menstruophagist opisać. No bo po co opisywać poważnie coś, co jest w całości dowcipem i po co robić sobie jaja z całkiem porządnego brutalizmu? Zresztą, co do tego dowcipu, wystarczy popatrzeć na okładkę z lizakiem na trzydzieści procent powierzchni. Panie i brudasy, przedstawiam Lollipocracy.

No więc rzeczony krążek jest pierwszym pełniakiem tej włoskiej ekipy. Ekipy nowej i grającej od dwutysięcznego dwunastego zaledwie, choć z obeznanymi już z tematem muzykami. Wydało toto Eyes of the Dead Productions w ostatnim październiku. Znajdziecie tu niecałe pół godziny grania zawarte na dwudziestu utworach.

I już wiecie, czego się spodziewać.

Wspomniałem wyżej, że Menstruophagist jest dowcipem. Uznaję to także za swoisty chwyt reklamowy, bo co innego powiedzieć o zawartych w notce frazach “meteoric supa-dupa deliciousness” czy “fudge-forged ton of brutal candy addiction”. Supa-dupa… serio? Przecież gracie deathgrind, panowie, a myśląc deathgrind myślimy Aborted/Prostitute Disfigurment/na pewno nie żadne supa-dupa.  No nic to, otwieramy opakowanie, wyciągamy płytę, a tam zdjęcie ciasteczka. W tym momencie już całkowicie straciłem wiarę w płytę, bo choć dowcipy lubię, to podawanie ich w tak prostacko oczywistej formie nie jest zbyt zabawne. No cóż, ale przesłuchać przecież trzeba.

Tak więc nastawiony raczej sceptycznie odpaliłem dziwo, przebyłem wyśpiewane pijackowłoskim intro i tępe pierwsze nuty, nagle zdziwienie, że to jednak brzmi. Nie brzmi jakoś super ani w żaden sposób przełomowo, ale jednak dość nawet-nawet. Przy okazji też okazuje się, że ten deathgrind to pic na wodę, określenie z braku laku. Dla mnie Menstruophagist to punki, które nasłuchały się za dużo Epicardietomy (głównie ze względów wokalnych) i teraz wygłupiają się z instrumentami. Płyta zawiera dużo fajnego groove’u (I Still Believe In Santa, Declaration of Fluffiness), jest też przaśnie po czesku a’la Gutalax (Candy Crust Saga), jest i ciut black metalu, ale tylko i wyłącznie dla robienia sobie jaj z klasyków (Under a Funeral Muffin oczywiście), ale najfajniejsza jest właśnie ta punkowość. Znajdziecie ją w Teddy Bear, znajdziecie w Snack Of Doom, znajdziecie w jeszcze paru momentach. Te momenty są z jajem i kozacką lekkością. Dalej słychać, że to dowcipy, a jakże, niemniej nie przeszkadza to zbytnio, co najwyżej nieprzyjemnie kontrastuje z wokalem i podkładem. Za to reszta utworów jest mierna, zupełnie bez pomysłu. Cały czas są dość luźne, ale jednocześnie po prostu słabe. Zupełnie nie rozumiem na przykład po co nagrywać takie Mass-sacher. Niby jest ciężko i brutalnie, ale za cholerę nic z tego zamierzonego death metalu nie wychodzi. Albo Revenge Is An Icecream, którego jedynym plusem (a i to nie dla każdego) jest chyba tylko głupkowaty tytuł. Zlitujcie się, ludzie, jak nie macie pomysłu na kawałek to nie twórzcie na siłę!

Tu miał być akapit o produkcji płyty, ale że w niczym się ona nie wyróżnia ani na plus, ani na minus, został pominięty celem oszczędności internetu. Podziękujecie mi jak zabraknie miejsca na pornhubie.

Tu z kolei miało być zakończenie i jakiś cyniczny dowcip na temat tego okładkowego dowcipu. Niestety płyta jest na tyle nierówna że nawet nie chciało mi się jakiegoś wymyślać. Macie przed sobą średniaka nagranego chyba tylko dla przyjemności twórców. Nie żebym zabraniał im się bawić, ale nie widzę powodu, dla którego mieliby kontynuować swoją twórczość.

Ocena: 5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .