Szósta płyta studyjna w dorobku kanadyjskiego kwartetu Panzerfaust to jednocześnie domknięcie serii albumów, nad którą zespół pracował w niezmienionym składzie od 2019 roku. 22 listopada 2024 roku nakładem niemieckiej wytwórni Eisenwald ukazało się wydawnictwo The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion. Album, który zagości w niejednym podsumowaniu najlepszych płyt tego roku.
Osoby, które po poprzednim, trzecim rozdziale The Astral Drain (nasza recenzja tutaj) stawiały na Kanadyjczykach krzyżyk, mogą odetchnąć z ulgą, a przy tym bić się w pierś. Można powiedzieć, że wrócił stary dobry Panzerfaust, który nie uznaje kompromisów i nie pozostawia żadnych wątpliwości odnośnie do obranego przez siebie kierunku. Styl wytyczony na pierwszej i drugiej części The Suns of Perdiion, czyli War, Horrid War oraz Render unto Eden (nasza recenzja tutaj) znów wziął górę nad melodyjnymi i instrumentalnymi wstawkami, które na The Astral Drain nie spotkały się z najlepszym odbiorem fanów.
Panzerfaust i ich The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion to nieco ponad trzy kwadranse wypełnione po brzegi fantastyczną produkcją i świetnymi kompozycjami. Do kotła wrzucono black, death, blackened death, a nawet post metal. Są tu motywy, które zadowolą entuzjastów Mgły i Deathspell Omega, ale również zwolenników Marduka czy Ulcerate. Kanadyjczycy kroczą jednak ścieżką wytyczoną przez siebie, nie kopiując ślepo, lecz wyciągając z esencji różnych gatunków to, co najlepsze. W efekcie otrzymujemy pięć dłuższych kawałków, których odsłuch w całości przynosi sporo satysfakcji.
Muszę przyznać, że Panzerfaust w takim wydaniu „wchodzi” od pierwszego odsłuchu. Całość otwiera potężny The Hesychasm Unchained, który od pierwszych sekund dowodzi, że czwórka z Kanady odrobiła lekcję – nad kompozycją unoszą się bowiem echa Promethean Fire czy The Snare of the Fowler z drugiego rozdziału serii. Numer ten świetnie brzmi też w wykonaniu na żywo, czego świadkiem byłem podczas listopadowego koncertu grupy w krakowskim Hype Parku.
Rozpędzona machina nie zatrzymuje się – When Even the Ground Is Hostile to mój osobisty faworyt z nowego krążka Panzerfaust. Kwintesencja połączonych wokali Kaizera i Goliatha, z intrygującymi riffami i wpadającymi w ucho zmianami tempa. Do tego nihilistyczne przesłanie ”fuck hope”, które zdaje się perfekcyjnie spinać warstwę tekstową całego albumu.
Po dwóch potężnych ciosach, The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion nieco zwalnia. Niemniej jednak utwór The Damascene Conversions ma w sobie coś intrygującego, co przywodzi na myśl eksperymenty grupy z pierwszego rozdziału Słońc. Spora to zasługa Ahmeta İhvani, który odpowiedzialny był za nagranie partii akustycznych na bağlamie, instrumencie strunowym z Bliskiego Wschodu. Ten niewielki element dodaje utworowi mistycznego klimatu, perfekcyjnie kontrastując z potężnymi riffami, blastami, growlami.
Czwarty numer na najnowszym albumie Panzerfaust to kolejna solidna porcja metalu i dowód kunsztu muzycznego całego kwartetu. Occam’s Fucking Razor (ocenzurowany przez niektóre platformy streamingowe do tytułu Occam’s Razor – serio!?) bez wątpienia zostanie faworytem wielu osób, które na niego trafią. Znów gdzieś w tle unoszą się echa bliskowschodnich inspiracji, ale przy tym znów warstwa muzyczna nie bierze jeńców. Muzycy odnoszą się do zasady brzytwy Ockhama, podobnie jak średniowieczny filozof, dążąc do wyjaśnienia świata w możliwie najprostszy sposób. W tym sposobie jest jednak metoda, która urzeczywistnia się w każdej sekundzie nowego wydawnictwa Panzerfaust.
Na koniec zostaje najdłuższa kompozycja na płycie, czyli To Shadow Zion (No Sanctuary). Numer otwierają dźwięki niby trąb jerychońskich, które raz po raz tworzą ciekawy ambient dla tego utworu. We wstępie znalazł się też recytowany fragment wybitnej powieści Droga Cormaka McCarthy’ego (polecam lekturę). Tekst numeru naszpikowany odwołaniami do filozofii egzystencjalizmu, stanowi swoiste zamknięcie ostatniego rozdziału The Suns of Perdition. Dominuje tu wizja końca świata, choć gdzieś jeszcze tli się promyk nadziei, że natura się odrodzi. Ostatnią kropkę stawia fragment Somewhere, a new sun rises // But all our graves go unvisited in the end // At Shadow Zion.
Album Panzerfaust The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion można traktować dwójnasób. Z jednej strony, jest to idealne, wymarzone wręcz, zwieńczenie kwadrylogii. Z drugiej zaś, krążek świetnie radzi sobie na własną rękę, więc może być dobrym punktem wyjścia dla osób, które nie miały jeszcze styczności z dyskografią Kanadyjczyków. Wyjątkowość twórczości Panzerfaust bazuje na powtarzających się stałych elementach, a te zdają się przewodzić wszystkim rozdziałom The Suns of Perdition – Słońc Wiecznego Potępienia. Tylko tyle czeka ludzkość – całkowita zagłada, gdy wybrzmią ostatnie trąby, te same, które słychać na koniec płyty.
To Shadow Zion już od pierwszego odtworzenia zagościł na stałe w moim odtwarzaczu, gdyż jest to album niezwykle równy, dopracowany, świadomie skomponowany i precyzyjnie nagrany. Klasycznie, na wszelkie zachwyty zasługuje odpowiedzialny za zestaw perkusyjny Alexander Kartashov, przez niektórych porównywalny do Darkside’a, Mam jednak wrażenie, że nie tylko bębniarz, ale i cały zespół najnowszym krążkiem udowodnili, że pora oderwać niesłusznie przylepioną łatkę „worship bandu”.
Panzerfaust i ich The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion to pozycja obowiązkowa. Jedna z najmocniejszych kandydatur do płyty roku 2024.
Ocena: 10/10
Panzerfaust na Bandcampie
Panzerfaust na Facebooku
Panzerfaust na Instagramie
Panzerfaust na Spotify
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
- Mirzam Antidotum Ov Marazm – „…There Is No Emptiness…” (2024) - 31 grudnia 2024
Tagi: 2024, album, black metal, blackened death metal, death metal, Eisenwald, Panzerfaust, recenzja, review, the suns of perdition, The Suns of Perdition - Chapter IV: To Shadow Zion.






