Parkway Drive „Ire” (2015)

Na wstępie przyznam, że Parkway Drive to jeden z moich topowych wykonawców światowej sceny metalcore. Ilość przesłuchań poprzednich krążków (z wyraźnym wskazaniem na doskonały Horizon z 2007 roku) mógłbym liczyć dziś w tuzinach. Jak łatwo się więc domyślić, entuzjazm, wywołany premierą kolejnego LP Australijczyków nie był mały. Nieco ponad tydzień po ukazaniu się Ire przyszedł czas na podsumowanie wyników konfrontacji moich oczekiwań z zawartością piątej płyty ekipy z Nowej Południowej Walii.

Pierwszym co rzuca się w uszy podczas lektury nowego longa, jest niewątpliwe złagodzenie formy – Ire to najbardziej melodyjny, przebojowy i „rozśpiewany” długograj w dotychczasowej dyskografii Parkway Drive. Trudno nie odnieść wrażenia, że panowie pozazdrościli (publiki? popularności?) młodszym kolegom z kapel nurtu „melodic metalcore” i uczynili znaczący ukłon w stronę sympatyków tego typu dźwięków. Kosztem charakterystycznych, mocnych gitar i świetnych beatdownów, muzycy zamieścili na płycie masę radosnych melodii i przebojowych kawałków, opartych na rockowych riffach i stadionowych refrenach. Nie twierdzę rzecz jasna, że zespół nie korzystał wcześniej z tego typu rozwiązań, nigdy jednak nie zagościły one w muzyce Australijczyków w takim stopniu jak obecnie.

Ire to jednak pozycja eklektyczna. Choć zmiana muzycznego kierunku jest bardzo mocno wyczuwalna, szczęśliwie muzycy nie wyzbyli się wszystkich elementów stanowiących siłę ich poprzednich płyt. Miejscami ilość cukru wywołuje co prawda ból zębów, na krążku znajdują się jednak również kompozycje, które dowodzą, że chłopaki wciąż wiedzą jak zagrać, by żarło. Obok numerów pokroju Vice Grip (choć ten też ma momenty) czy Vicious, skłaniających chwilami do sprawdzenia, czy na pewno słuchamy Parkway Drive (a nie wynalazków typu Atreyu, We Came As Romans, czy Between the Buried and Me), kapela serwuje nam nuty, które z powodzeniem broniłyby się na poprzednich LP. Taki Dying To Believe czy Dedicated (zawierające jedyne bodaj beatdowny) powoduje szybsze bicie mięśnia sercowego, Bottom Feeder i The Sound Of Violence kąsają od pierwszego kontaktu, bardzo sprawnie radzą sobie również Destroyer i Fractures (z cudowną solówką, wyciszaną wraz z końcem utworu).

Na Ire znalazło się także miejsce na eksperymentalne (jak na Parkway Drive) formy. Z jednej strony singlowy Crushed, który przypomina Rage Against The Machine na sterydach, z drugiej kompletnie nieudany Writings On The Wall, który bez wyrzutów sumienia usunąłbym z tracklisty.

Tak właśnie prezentuje się ten krążek. Utwory bardzo dobre, przeplatane są słabszymi, co powoduje, że z jednej strony Ire nazwać złą nie można, z drugiej nie sposób polemizować ze stwierdzeniem, że to najsłabszy tytuł w dotychczasowej dyskografii zespołu.

Pozostaje mieć nadzieję, że romans z łagodnym graniem jest chwilową tendencją i na kolejnej płycie Parkway Drive stanowczo wrócą na tory, po których podróżują takie składy jak Hatebreed, Killswitch Engage, As I Lay Dying czy Unearth. Szkoda byłoby, gdyby akurat Ci goście rozmienili się na drobne, moja sympatia do nich, choć delikatnie wystawiona na próbę, wciąż jest bowiem spora.

Ocena: 7/10

Autorem jest Strefa Riffów

Piotr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , .