Slavogorje – “Pjesni” (2014)

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dziś Slavogorje i Pjesni. Tytuły zarówno zespołu, jak i płyty są dosyć sugestywne i każdy z ilorazem inteligencji przekraczającym średnią krajową Barbados na pewno w mig załapie, że na celowniku mamy projekt okołofolkowy. I faktycznie, nabywca rzeczonego materiału otrzyma sporą ilość (neo)folku pomieszanego z surowym, pagan black metalem. Brzmi ciekawie? Też tak pomyślałem i, pomimo dość sceptycznego podejścia do miksu metalu i muzyki ludowej, zabrałem się za to dziwo. Rzekłbym nawet, że całkiem ochoczo.

Zanim przejdę do wrażeń, standardowo garść informacji. Pjesni są pierwszym po ubiegłorocznej reaktywacji, i trzecim w ogóle, długograjem Chorwatów. To znaczy, już nie tylko Chorwatów, gdyż teraz w składzie jest też Polak, znany głównie z występów z Perunwitem Radbor. Poza tym na płycie udziela się też sporo muzyków gościnnych (mogę się mylić, jednak wydaje mi się, że bas do partii black metalowych nagrywał Slav min. z krakowskiego Aragona). Suma sumarum dostajemy trzy kwadranse muzy. Oj, co to są za trzy kwadranse.

W mojej opinii płyta jest straszliwie nierówna. Materiał tu zarejestrowany jest mniej więcej parabolą z paganblackmetalowymi utworami z jednej strony i neofolkiem z drugiej, choć oczywiście często to się mniej lub bardziej przeplata. Otwierający krążek Ispovijest leży na tym pierwszym biegunie. Diabli, jak oschłe to powitanie. Numer ten jest po prostu słaby. Nieciekawy kompozycyjnie, biednie nagrany, irytujący brzmieniem wokalu i perkusji. Motyw, który go otwiera, a później kilkukrotnie się w nim przewija, jest tylko łyżką miodu w beczce dziegdziu. Totalnie nieumiejętne, skrzypiące i jęczące wokale brzmią jakby wokalistę trzymano je o chlebie i soku z buraka w piwnicy przez co najmniej rok. To skrajny przykład, bo późniejsze kawałki blackmetalowe są już lepsze (kompozycyjnie, nie brzmieniowo) i ciekawsze, a wymieszane z neofolkiem Zrno nade jest najlepszym tego przykładem, jednak ogólnie ta część płyty jest marna i płacze o pomstę do Matki Natury.

Natomiast partie bez krzyków i przesterów wypadają cudownie. Zaskoczony byłem jak duży jest między nimi kontrast. Nie tylko w nastroju i klimacie, ale też w warstwie brzmieniowej. Zachodzę w głowę dlaczego nie zrobiono na tym poziomie całego materiału, choć może tak po prostu autorzy sobie wymyślili. Te utwory są dużo bardziej rozwinięte. Tu zresztą pojawia się też większość muzyków gościnnych, jak na przykład wiolonczelistka Percival Schuttenbach. Znajdziecie w nich chłodną atmosferę jesiennej puszczy, ale też tak ciekawe środki wyrazu jak śpiew gardłowy, notabene wykonywany przez Radbora. Ośmielę się też stwierdzić, że część neofolkowa jest mroczniejsza niż blackmetalowa. A na pewno dużo więcej tu przyjemnego “feelingu”, jak na przykład w utworze Zubato sunce (dodam przy okazji, że ten kawałek przyjemnie mnie zaskoczył w pełni polskim tekstem. Brzmi dobrze, nie skąpi też klimatu całej płycie). A numer Maglotok II i cudowny głos Ojli Frolo to najjaśniejszy moment na całej płycie. I szczęśliwie najdłuższy!

Trudno mi tą płytę podsumować, jest zbyt nierówna. Nie daje czasu by wczuć się w jej klimat, ale bardzo tym klimatem nęci i kusi. Koniec końców jednak plusów jest więcej i trwają dłużej, więc wypada lepiej niż gorzej. Mógłbym podzielić materiał na dwie części, ale tego nie zrobię. Ocena pójdzie wspólna.

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .