Czy jest coś piękniejszego od tworzenia muzyki pod wpływem emocji zależnych od konkretnego wydarzenia? Nie wiem, nie jestem artystą, ale fenomen konceptów płytowych zawsze mnie intryguje, pobudza do poszukiwań informacji związanych z opisaną historią i zwyczajnie nadaje muzyce waloru zaciekawienia. I taki oto ciekawy koncept powstał w „fabryce sludge’u” pod sugestywnym tytułem Mount Otorten. Za projekt, aranże i miks odpowiada jedna, zdolna i pracowita persona – Damian Puchalski, który z niewielką pomocą przyjaciół wypuścił digi-album w eter 11 czerwca br.
Mount Otorten pod względem pomysłu na płytę opiera się na konkretnych wskazówkach z czym będziemy mieli do czynienia, ale jakże zmyślnie doza tajemniczości zostaje zachowana. Zbierzmy poszlaki. Z miejsca wszystkie informacje o materiale na albumie są podane na tacy. Nazwa projektu nie pozostawia złudzeń, jaki rodzaj muzyki prezentuje Sludge Factory, natomiast nazwa płyty, tytuły utworów, okładka ze zdjęciem z 1959 roku zapowiadają, że idea dotyczy góry Otorten (Ural) i osławionej, nieudanej wyprawy na jej szczyt, która skończyła się tragedią – w drodze na Otorten w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach zginęło 9 uczestników wędrówki. Wokół wydarzenia do tej pory narosło wiele legend i teorii spiskowych, od Yeti, kosmitów, rzekomych dowodów na teorię strun do rządowych eksperymentów (do poczytania np. tu: http://przeleczdiatlowa.pl/). Mamy więc w muzyce Sludge Factory tę tajemniczość zawartą w koncepcie! Ponieważ historia sama w sobie jest mroczna, gęsta i smutna, taka jest i cała płyta Mount Otorten. Zimno wylewa się z przesterowanych gitar, perkusja powolnym tempem nadaje pesymistycznego wydźwięku, a elektroniczne wtręty z dźwiękami powiewu wiatru sprawiają, że temperatura powoli spada. Dodatkowym klimatycznym smaczkiem są liryki wycięte z dzienników wyprawy (udostępnione dzięki uprzejmości Dmitra Romashko i Anatolija Ulyanova), które gościnnie na płycie wyrecytował Tom Wolf. Za najlepsze utwory uznaję Mount Otorten z przykuwającymi uwagę riffami, i The Return, który przygniata ciężarem kompozycji. Natomiast są momenty, które wymagają większego dopracowania, jak w The Tent (part II), gdzie w apogeum utworu gubi się gdzieś sekcja rytmiczna, jakby nie zdążała za dynamiką gitar. Nie do końca przekonują mnie też typowo doom’owe fragmenty, jak w połowie The Eve i The Fire. Mniemam, że powolne, ciężkie tempo miało potęgować grozę i budować w jakiś sposób atmosferę strachu, jednak co za dużo to niezdrowo, bo zaczyna nużyć. No właśnie, album okazał się dla mnie za długi. Brakuje mi stopniowania napięcia, pewnej paraboli całej historii, która wyznaczona jest właściwie głównie w tytułach numerów – od wyruszenia na szczyt, poprzez marszrutę, rozbicie namiotu i tajemniczą śmierć. W całości słychać za dużo powtarzalności, gitary są właściwie na jednym poziomie, większej różnorodności próżno się doszukiwać, ale za to są ciekawe linie basu, ładnie uwydatnione np. w ostatnim utworze The Mistery.
Album Mount Otorten jest ciekawostką. Przede wszystkim niski pokłon dla Damiana za kawał potężnej pracy, jaką włożył w nagrania i opracowanie pomysłu. Bardzo żałuję, że niestety materiał nie był rejestrowany w profesjonalnym studio, co wyraźnie w całości słychać. Brakuje prawdziwej, żywej perkusji, większej ilości wyraźnego basu, bardziej przestrzennego brzmienia. Do tego, tak jak wspomniałam, długość płyty jest nieco przytłaczająca ze względu na stosunkowo niewielkie zróżnicowanie kompozycyjne. Życzyłabym sobie więcej wariacji instrumentalnej, post-metalowego polotu w innych tonacjach. Niemniej jednak, na upalne, gorące dni (wierzę, że takie będą!) zamiast katować Jesu czy Isis polecam sprawdzić, czy odczujecie schłodzenie historią o Mount Otorten.
Ocena: 6,5/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: debiut, debiutant, doom, jednoosobowy projekt, post-metal, recenzja, Sludge, Sludge factory, smutno, zimno.






