Czasami się zdarzają płyty-dziwolągi, o których niespecjalnie nawet wiadomo, co sensownego można napisać. King of the Lapiths taką płytą nie jest, choć do owego statusu aspiruje. Nie mogę powiedzieć zbyt dużo o samym zespole, gdyż wcześniej był mi nieznany a w internetach informacji na ich temat nie znajduję poza tym, że zajmuję się dziś drugim krążkiem od tej niemieckiej ekipy. Somerset gra coś z pogranicza progresji, hardcore’u i postności. Sama płyta zawiera sześć utworów i niewiele ponad dziesięć minut grania. Za wydawnictwo odpowiada kupa wytwórni, standardowo wszystkie wymieniłem w tagach a tu wspominam tylko WOOAAARGH, od których dostałem promkę.
Nie jestem fanem takiej muzyki. Jeżeli mam słuchać progresywnego post-hardcore’u to musi on mieć naprawdę duży pierwiastek niesamowitości. Somerset nie daje rady temu sprostać, mimo dużej ilości progresywnych i całkiem interesujących wybiegów. Choć mam wrażenie, że ulubionym zagraniem tej załogi jest sprzężenie w akompaniamencie niewyraźnej basowej ścieżki, który to motyw przewija się przez płytę (dużo za) często-gęsto, chociażby na Ixion i Feuerrad. Poza tym kompozycje są bardzo wymieszane. Motywy punkowo-skoczne przeplatają się z niewesołym, może nawet podchodzącym pod emo smutaniem. Często też trafiamy na elementy czysto postne. Ostatnie dwa utwory, będące w sumie jednym utworem i jego przedłużeniem/outrem płyty, czyli Ill-Defined i Synesthesia to prawie w całości postne granie. Dość ładne, ale nie na tyle, bym specjalnie je chwalił. Pierwszy Torned Sphere to miks takich właśnie elementów postnych oraz ponurej hardcore’owości. Najwięcej wkurzonej energii znajdziemy na Ixion, choć Bogiem a prawdą i tak jest jej niewiele. Płyta koncentruje się głównie na byciu „artystyczną”. Szkoda, że ja tego artyzmu nie rozumiem.
Od strony produkcyjnej jest jakoś ot, tak sobie. Ani dobrze ani źle. Brzmienie nie chłodzi i nie grzeje, poza basem, którego oczywiście brakuje. Umiejętności muzyków są akurat takie by nie przeszkadzać. Tu wyjątkiem jest wokalista, bardzo charakterystyczny i wybijający się przed resztę. Jeżeli miałbym go porównywać powiedziałbym, że brzmi mi jak metalowo-hardcore’owa wersja prychania i ryczenia jakiegoś większego kota. Kilku pokocha to brzmienie, większość znienawidzi. Natomiast layoutu będę bronił do upadłego. Wersja, która do mnie dotarła to śliczna, przezroczysta dwunastocalówa z białymi figurami geometrycznymi. Zaiste, robi wrażenie.
Jednak sama muzyka jest niespecjalna. Nie bawi mnie takie granie. Szcześliwie King of the Lapiths jest raczej krótki i można potraktować go jako ciekawostkę, w innym przypadku słuchanie go byłoby zbyt męczące.
Ocena: 5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019

