Souls Demise to kolejna zapomniana kapela odkopana z czeluści metalowego archiwum przez Ragnaroek Records. Tym razem mamy do czynienia z kapelą, która działała w latach 2000-2011 i rozpadła się po wydaniu zaledwie dwóch demówek. Lata mijają, a my możemy sobie zadać pytanie, czy dobrze się stało, że amerykańska formacja zniknęła ze sceny?
Krążek Angels of Darkness to kompilacja dokonań Amerykanów. W piętnastu utworach poznamy czterech różnych wokalistów grupy, którzy przychodzili i odchodzili, pozostawiając po sobie lepsze lub gorsze piosenki. Na pierwszy ogień idą cztery kompozycje, w których funkcję gardłowego pełni Mike Nowicki. I choć pierwsze dźwięki mogą wywołać pozytywne wrażenie, to nazwać dokonania Souls Demise udanym thrashem, byłoby sporą przesadą. Akurat pierwsze cztery numery są jeszcze do przejścia, bo głos Nowickiego bardzo zgrabnie dopasowałby się do przemyślanych kompozycji. Niestety, muzyka, którą stworzyła grupa z USA jest najzwyczajniej w świecie słaba. W zardzewiałym kotle mieszają się ze sobą wpływy thrashu, heavy i power metalu, doprawione ciężkostrawnymi riffami i zgniłą sekcją rytmiczną. Słuchanie kompilacji Angels of Darkness nie należy do najprzyjemniejszych momentów, a każda kolejna porcja utwierdza w przekonaniu, że zespół po prostu nie był w stanie grać ze sobą i stworzyć czegoś ciekawego.
Kolejne cztery kawałki to szansa dla kolejnego gardłowego, Randy’ego Barrona. Jego śpiew przypomina nieco gorszą wersję Tima Owensa. Do tego dochodzą jakieś bezsensowne chórki, które jeszcze bardziej psują odbiór Souls Demise.
Następnie czas na Andre Almaraza, czyli krok w stronę gardłowego śpiewania w stylu Lemmy’ego. Nawet nie wychodzi to źle, kompozycje są mocniejsze i bardziej zdecydowane, czasami zahaczające o hardcore punk, co powoduje powiew świeżości pośród wszechobecnej nudy i pustki. Te trzy utwory to chyba najlepszy punkt całego albumu.
Najdziwniejszy pomysł to umieszczenie na końcu kompilacji tych samych utworów, w których śpiewał Mike Nowicki, z tym, że teraz za wokal odpowiada Jamie Pokusa, który brzmi niczym Dave Mustaine zmagający się z konstypacją. Być może idea ponownego nagrania czterech numerów miała być zabiegiem marketingowym, aczkolwiek finalny produkt okazał się groteską i rozczarowaniem. Najgorsze, że muzycy chyba sami nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo krzywdzą słuchaczy tworząc tak kiepski materiał. Wokaliści zmieniali się jak rękawiczki, natomiast winy za słabe brzmienie zespołu należy szukać w instrumentalistach, którzy po prostu nie mieli pomysłu na stworzenie czegoś bardziej ambitnego.
Kompilacja Angels of Darkness to swoisty podręcznik pod tytułem „jak nie robić thrash metalu”. Twórczości Souls Demise brakuje motywu przewodniego, ich kompozycje są oklepane i nudne. Nie ma tu ani jednego kawałka, który w jakikolwiek sposób zapadałby w pamięć, a wręcz przeciwnie – o piętnastu numerach z tego krążka chce się jak najszybciej zapomnieć. Polecam omijać szerokim łukiem.
Ocena: 2/10
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
- Mirzam Antidotum Ov Marazm – „…There Is No Emptiness…” (2024) - 31 grudnia 2024
Tagi: 2017, angels of darkness, compilation, Heavy Metal, power metal, recenzja, review, souls demise, thrash metal, usa.






