Mayhem to legenda. Tak samo jak ich The Grand Declaration of War z 2000 roku. Z tymi stwierdzeniami ciężko się kłócić. Ale jak to każda legenda, ma wokół siebie aurę kontrowersji, która ciągnie się za zespołem od lat dziewięćdziesiątych. Nie sposób uniknąć też słowa „kontrowersja”, gdy myślimy o The Grand Declaration of War wznowionym po osiemnastu latach. Myślę, że jednak nadszedł czas oddać sprawiedliwość tej już przecież klasycznej pozycji na black metalowym rynku.
Mayhem był moim pierwszym black metalowym zespołem, jaki usłyszałam, więc czuję do nich ogromny sentyment. Nigdy jednak nie interesowała mnie post-Euronymous era, zwłaszcza kiedy człowiek chce być trve i kvlt, a słyszy, że od czasu The Grand Declaration of War Mayhem został nazwany Gayhem… po latach stwierdzam, że niesłusznie.
Tak, jest to album nietypowy, tym bardziej że wiązała się z nim niemal całkowita zmiana składu – ze starej gwardii pozostał tylko Jørn ”Necrobutcher” Stubberud oraz Jan Axel ”Hellhammer” Blomberg, głównym kompozytorem został Rune ”Blasphemer” Eriksen, a na wokale wskrzeszono Svena Erika ”Maniac” Kristiansena. Na Bloodsword and a Colder Sun dostaliśmy również Andersa Oddena, który znany jest z występów z Cadaver i Satyricon. Skład doskonały. Co więc mogło pójść nie tak?
Być może to fakt, że The Grand… jest muzycznym eksperymentem, w którym znajdziemy elementy industrialne i elektroniczne. Nietypowe połączenie jak na black metalową kapelę. W pierwszych trzech utworach raczej nie uświadczymy dużo tych „obcych wpływów”; In the Lies Where Upon You Lay prezentuje nam doskonałą perkusję Hellhammera z użyciem podwójnej centralki i gitary, które przywodzą na myśl poprzednie arcydzieło Norwegów, De Mysteriis Dom Sathanas. Jednak, poza wspaniale skrzeczącym wokalem Maniaca, mamy też zaskakujące wstawki melodeklamacji.
Pojawiają się także w kolejnym utworze, podzielonym na dwie części, View From Nihil, i to w nieco bardziej przesterowanej formie. Najbardziej przeszkadza chyba fakt, że owe melodeklamacje nieraz zagłuszają wokal, który wykrzykuje te same słowa, jednak ciszej. Całość mogłaby brzmieć dużo lepiej, gdyby odwrócić proporcje.
Natomiast część druga utworu współtworzonego przez Andersa Oddena, A Bloodsword and a Colder Sun, to jeden z najdziwniejszych utworów na tym albumie, zaczynający się przetworzonym dźwiękiem oddechu, następnie słychać szepty. W tle tylko automat perkusyjny, z uporem maniaka (gra słów zamierzona) wygrywający w kółko ten sam rytm. Utwór, przy którym można wpaść w trans, jednakże nie w pozytywnym sensie tego słowa.
Na szczęście Crystalized Pain in Deconstruction jest przyjemną, black metalową odskocznią od tego, co już znane – i z czym Mayhem radzi sobie najlepiej. Podobnie sprawa ma się z następującą po tym, dziewięciominutową, powolniejszą kompozycją, Completion in Science of Agony, w której szczęśliwie znajdziemy więcej szorstkiego wokalu niż melodeklamacji. Utwór też kończy się w bardzo ciekawy sposób – długą ciszą, po której następują chóry i nieludzkie wrzaski Maniaca. Oryginalne rozwiązanie, ale tym razem w pozytywny sposób.
Ciężko opisać natomiast kolejny utwór, To Daimonon, który zaczyna się… głosem robota. Coś, co zawsze wprawiało mnie w osłupienie, i sprawiało, że od razu przełączałam ten utwór (i dwie pozostałe jego części). Znajdziemy tam także dużo zarówno melo-, jak i zwykłej deklamacji, która po prostu przeszkadza w odbiorze muzyki. To trochę tak, kiedy słuchamy muzyki z radia w samochodzie, i nagle nasz ulubiony utwór zostaje przerwany przez komunikat o sytuacji na drodze.
Album skończyłby się w dobry sposób, drugą częścią Completion in Science of Agony, z przyjemną, ostrą gitarą Blasphemera na pierwszym planie, jednakże znów znikąd pojawia się tam… głos robota. I psuje całą przyjemność. Na szczęście pojawia się on tylko raz, jednakże dobre wrażenie ciężko naprawić, nawet przy dobrym zakończeniu.
Warto też pochylić się bliżej nad tekstami utworów, stworzonymi przez Maniaca. Na pierwszy rzut oka są to typowe black metalowe teksty – mamy śmierć i krew z domieszką aury szatana, a także wojnę jako główny temat przewodni albumu. Jednak nagle pojawiają się tam także konstelacje gwiezdne, długie zdania zawierające filozoficzne przesłanki… dziwne i niespójne, a jednak tak pasujące do tego awangardowego albumu.
Wielka szkoda też, że Mayhem zrezygnowali z poprzedniej okładki, która wydawała mi się dużo bardziej black metalowa i „kvlt”: martwy gołąb, symbol pokoju, zaplątany w drut kolczasty, zdychający, we krwi. Na re-issue mamy natomiast… Jezusa z koroną cierniową na głowie, trzymającego tego martwego gołębia w rękach. Całość jest w sepii poza wspomnianym ptakiem, i raczej daje nudne i przygnębiające wrażenie, zwłaszcza że świetne i klasyczne już logo zespołu zostało bardzo pomniejszone i wciśnięte na pasek z boku.
Przyklaskuję Mayhem, że postanowili zrobić coś innego i wyrwać się z typowej i – nie ma co ukrywać – czasem nudnej konwencji black metalowej. Zdecydowanie nie jest to album dla każdego, zwłaszcza dla oldschoolowych fanów, i są też powody, przez które to wydawnictwo jest gorsze, niż mogłoby być. Niemniej jest to ciekawa i ekstremalna dźwiękowa przygoda, która wymaga trochę przemyślenia i otwartego umysłu, i której nie warto odrzucać po jednym odsłuchu.
Ocena: 7,5/10
- 1349 – „Dødskamp” (2019) - 9 kwietnia 2019
- Watain, Anaal Nathrakh – Osaka (03.03.2019) - 3 kwietnia 2019
- Watain, Anaal Nathrakh – Tokio (01.03.2019) - 28 marca 2019
Tagi: black metal, Mayhem, recenzja, reissue, review, Season Of Mist, The Grand Declaration of War, true norwegian black metal.







