Terminus – „A Single Point Of Light” (2019)

Trochę się bałem tej płyty. Tradycyjnego, klasycznego heavy metalu w nowej formie zwykle nie odmawiam, mimo że niezbyt często ma do zaoferowania coś naprawdę dobrego. Druga płyta brytyjskiego duetu gryzła mi się w zestawieniu graficznego konceptu z muzyką. Słuchając A Single Point Of Light, widziałbym raczej na okładce umazanego krwią wojownika dzierżącego miecz, ale może przemawiają przeze mnie płytkie stereotypy?

Terminus serwuje klasyczny heavy w odsłonie bitewno-wojowniczej. Mocarne riffy, miarowe tempo, upodobania do kombinowania i dłuższych form, podskórna fascynacja takimi legendami jak Omen czy Heavy Load, melodie przywołujące przed oczy obrazki wyjęte z Conana Barbarzyńcy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwa zgrzyty – jedno z postaci wokalu, drugie w postaci brzmienia. James Beattie przed mikrofonem niby robi, co może, ale co poradzić, skoro możliwości bardzo skromne. Jego głos jest zwyczajnie nijaki, pozbawiony mocy, płaski i niepasujący do charakteru kompozycji. Przy takiej muzyce oczekiwałbym większej odwagi w ryczeniu i śmielszego wchodzenia w krzyki – szkoda, że nie można tego uświadczyć na tej płycie.

Równie nijakie i pozbawione mocy jest brzmienie albumu. Utwory mają naprawdę duży potencjał na wykrzesanie z nich mocy i ognia. Nie wiedzieć czemu, jest zbyt czysto i sterylnie. Podejrzewam, że Panowie bardzo nie chcieli brzmieć jak mnóstwo innych kapel i być postrzegani, jako naśladowcy paru zacnych legend z lat 80. Chyba trochę za bardzo zatracili się w swoim niechceniu, bo naprawdę lepiej by było dla tych numerów, gdyby zabrzmiały jak skrzyżowanie Attacker i Manowar, a nie siódma woda po Hammerfall. Co prawda słuchając takich fragmentów jak refren w Mhira, Tell Me The Nature Of Your Existence, wszystko wydaje się w porządku, ale moc jest generowana niemal wyłącznie przez sekcję. Gdyby dodać więcej ognia do warstwy gitarowej, to mogłaby być pełnia szczęścia.

To płyta niewykorzystanej szansy. Wielki żal, bo kompozycyjnie jest po prostu znakomicie. Jest klimat, jest wojna, jest bitewny szał. Riffy, melodie, ograne, ale ciągle fascynujące motywy – na tym poziomie wszystko się zgadza i wygląda doskonale. Słychać w tym zarówno spuściznę bitewnego, klasycznego metalu sprzed lat, epickość Eternal Champion, surowiznę Slough Feg i melodykę Twisted Tower Dire.

Każdemu, współczesnemu heavy metalowemu zespołowi życzyłbym takiej muzyki. A grupie Terminus życzyłbym odpowiedniego wokalisty i pracy na brzmieniem. Aż się prosi, żeby ten album nagrać jeszcze raz – z ogniem i powerem. Wówczas byłoby pełne zwycięstwo.

Ocena: 6/10

 

Rafał Chmura
Latest posts by Rafał Chmura (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .