Ile razy mieliście okazję zażartować w sakralnym stylu w temacie wychodzących albumów thrasherów z Bay Area, nawiązując do biblii? Nowy Testament już słyszałeś, drogi czytelniku? Jest to chyba jeden z takich żartów, którego nie można sobie odpuścić w takich okolicznościach – przynajmniej ja zawsze mam z tym problem. Nie mam nigdy za to problemów z zawartością nowych krążków amerykańskiego Testamentu, który posiada rzadko spotykaną umiejętność utrzymywania wysokiego poziomu, lawirując między modami, i utrzymując się cały czas na powierzchni. Titans of Creation to kolejna płyta, która wydana będzie z logiem Nuclear Blast i rozprzestrzeni się po świecie 3 kwietnia 2020.
Nie będę owijał w bawełnę, Testament według mnie nagrał bardzo dobry album. Szczerze mówiąc, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej, ponieważ w swej długoletniej karierze zespół nie popełnił żadnej poważniejszej wpadki. Formacja w swym dorobku posiada albumy różne: cięższe, lżejsze, bardzo ciężkie, ale żaden z nich nigdy nie zawędrował w rejony słabizny jak to się zdarzyło największym ze sceny Bay Area Thrash. Można więc nie przepadać za samym bandem, ale nie można mu zarzucić jakiejś wtopy jakościowej. Titans of Creation jest najbardziej thrashowym albumem od lat, Testament oczywiście nigdy nie odszedł całkowicie od tej stylistyki, lecz po eksperymentach na Low, Demonic i The Gathering starał się wyważyć wszystkie elementy nagromadzone i uskuteczniane do tej pory, dzięki czemu płyty były nasiąknięte wpływami death metalu i dobrym groove. Przy nowym albumie nadal nie brakuje takich patentów, mało tego, pojawiają się nawet blackowe skrzeki Petersona (Curse of Osiris), ale główny nacisk Chuck Billy tym razem położył na melodie i tylko od czasu do czasu pozwala sobie ryknąć siarczystym growlem. W utworze Night of the Witch pokusił się nawet o barwę z pierwszych płyt. Kto lubi Testament, ten nie ma prawa się rozczarować, jest coś dla fanów klasycznego thrashu, jest trochę nowocześniejszego stuffu, a nawet krótkie blasty. Gene Hoglan już się zadomowił w zespole i swoje gęste bębnienie wtopił w styl całości. Alex Skolnick jak zwykle wycina wiele potężnych solówek, podręcznikowo kierując swe palce tak, by przypadkiem nie wyjść poza ramy metalu, bo jak wiadomo ma ciągotki do innych gatunków. Trzy pierwsze kompozycje są w moim uznaniu pięknym obrazem kondycji zespołu. Children of the Next Level, WW III i Dream Deciever są esencjonalne dla wieloletniej spuścizny kapeli i zawierają wszystkie najlepsze elementy. Nie oznacza to, że po nich kończy się już dobre granie, po prostu na tym początkowym uderzeniu można wyrobić już sobie wstępne zdanie o jakości nowej propozycji amerykańskich metalowców.
Ogólnie Titans of Creation to kawał konkretnej muzyki. Album trwa niemal godzinę, kompozycji jest na nim zamieszczonych dwanaście, a jak wiadomo Testament tworzy bardzo bogate aranżacyjnie utwory, zatem zabierając się za poznanie albumu, stajemy przed sporym wyzwaniem. Poznanie każdego dźwięku płyty pochłania trochę czasu, ale w moim przypadku, jeżeli chodzi akurat o ten zespół, to nie problem. Nowy album jest silny jak wokalista Chuck Billy, który kiedyś wygrał walkę z rakiem, a obecnie wygrywa walkę z koronawirusem. Czasu teraz jakby aż za wiele, można go poświęcić metalowi, co czynię i polecam innym.
Ocena: 8,5/10
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2020, bay area thrash, Nuclear Blast, recenzja, review, Testament, thrash metal, Titans Of Creation.






