Bardzo fajnie się słucha młodych bandów, które od początku jasno wyznaczają sobie ścieżkę i są pewni tego, co tworzą, a ich debiut wgniata w ziemię. Widzicie, Australia to nie tylko kangury, opera w Sydney i Boże Narodzenie latem. To też solidne z pewnością granie, a przykładem tego może być chociażby debiutancki album The Maledict, który ukaże się właśnie na krótko przed świętami – 15 grudnia 2015 roku.
Dread, co prawda nie oferuje nic, czego wcześniej nie było w muzyce, ale mimo to kopie bardzo i jeszcze bardziej. Bardzo zgrabnie łączą doomowe melancholie z death metalowym napierdolem (no nie owijajmy w bawełnę). Już pierwszy na płycie Tenebrae wgniata w ziemię czystym męskim wokalem, który razem z muzyką stopniowo nabiera mocy. Przede wszystkim nie brak tej muzyce dynamiki i rozmaitości, ale też i melodyjności, dzięki której wpada w ucho. Z kolei kolejny Fast Unto The End (już po tytule możemy wnioskować, czego się spodziewać) zdecydowanie nawiązuje do death metalowych korzeni zespołu. Jednak jest w tym więcej ogłady i spójności niż na demie. Ale fanom tego gatunku mogę polecić kawałki Carrion Art i Column of Voracious Souls który wręcz ocieka brutalnością gitar, a perkusja dorównuje prędkością Pendolino. Z kolei doom metalowym maniakom powinien do gustu przypaść najdłuższy i najwolniejszy na całym albumie A Muse in Requiem. Intro z gotyckim zabarwieniem przeradza się z wychodzące gdzieś z tła pojedyncze uderzenia perkusji. Dalej dołącza pobrzękiwanie basu i walcowate gitarowe riffy. Sample/chórki w tle dodają wszystkiemu nieco smutnego akcentu. Na sam koniec dociera do nas głęboki death metalowy growl. W ciągu tych 12 minut dzieje się wbrew pozorom dużo, a każdy motyw dozowany jest w odpowiednio długich porcjach.
Jeżeli miałabym się do czegokolwiek przyczepić, to do zbyt małej ilości genialnych czystych wokali, które są w zaledwie dwóch kawałkach na płycie. Nieco nad tym ubolewam.
Cieszę się, że pokusiłam się o wzięcie Dread do recenzji. Trochę żałuję, że nie było opcji z fizycznym nośnikiem, bo oglądając książeczkę w PDFie jestem tak samo zachwycona jak ich muzyką. Strona graficzna świetnie dopełnia się ze stroną dźwiękową wydawnictwa. Myślę, że warto zawalczyć o posiadanie tej płytki na swojej półce.
Australijczycy z The Maledict zadbali w równej mierze o fanów death metalowego łojenia, jak i doom metalowej nostalgii. Ale nawet, jeśli ktoś nie jest wielkim fanem deathu (jak ja), to z pewnością to brutalniejsze oblicze zespołu przypadnie mu do gustu. Cenię debiuty, które mają coś konkretnego do powiedzenia i potrafią zaprezentować swoje umiejętności w tak profesjonalny sposób. Odpalajcie i słuchajcie Dread wszyscy, a nie pożałujecie, tym bardziej jeśli lubicie granie Novembers Doom.
Ocena: 8/10
- Debiutancki singiel zespołu Inanes - 28 grudnia 2020
- King Apathy – „Wounds” (2019) - 17 października 2020
- My Dying Bride – „The Ghost of Orion” (2020) - 8 marca 2020
Tagi: 2015, death metal, doom metal, Dread, nowy album, recenzja, review, The Maledict.







