Co tam, panie, w muzyce? The Rolling Stones trzymają się mocno! Marketingowa machina promocyjna albumu Hackney Diamonds ruszyła z siłą toczących się kamieni, przykuwając uwagę nawet tych, którzy niespecjalnie interesują się dokonaniami najpopularniejszego rock and rollowego bandu wszech czasów. Keith, Mick i Ron odwiedzają programy talk-show, piłkarze FC Barcelona prężą się w ciuchach z wystawionym jęzorem, recenzenci pieją peany pełne zachwytów i niemal każdy czuje się zobowiązany, by wrzucić na codzienną playlistę nowe piosenki Stonesów.
Gdyby nie był to pierwszy od osiemnastu lat premierowy studyjny album legendy najbardziej rozpoznawalnego zespołu na świecie, czy szum medialny sięgałby podobnych rejestrów? Pytanie retoryczne. Wiadomo, to marka przyciąga uwagę, bo kogo dziś obchodzi pierwotna w swoim wyrazie rockowa muzyka i piosenki skrojone według niemodnych już wzorców?
Nawet gdybyśmy chcieli zlekceważyć ten wirujący cyrk, jedno trzeba stwierdzić: udało im się nagrać dobrą płytę! Na Hackney Diamionds jest po prostu sporo muzycznej jakości. W tej stonesowskiej prostocie i naturalności wciąż tkwi witalna siła, dziarskość, radość i – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało – młodzieńcza pasja. Takich rzeczy nie da się udawać. Albo one wciąż w nas tkwią, ale się wypaliliśmy. W obozie The Rolling Stones wciąż tli się płomień i pozytywne, a nawet entuzjastyczne recenzje, które spadają na Hackney Diamonds, nie są przesadne i nie ma w nich taryfy ulgowej dla sympatycznych seniorów. Słucha się tej płyty z przyjemnością, a gdy jest się fanem Stonesów, to nawet z zachwytem, z jakimś wzruszeniem, że fiesta trwa nawet po śmierci nieodżałowanego Charliego Wattsa. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że perkusista zdążył zostawić na albumie swój ślad w bujających jak za czasów Some Girls numerach w postaci Mess It Up oraz w Live By The Sword (tutaj gościnnie gra też pierwszy basista grupy, Bill Wyman). Pałeczki przejął w pozostałych piosenkach Steve Jordan i zagrał oszczędnie ze smakiem, wiernie stylowemu wielkiemu poprzednikowi, który go ponoć sam namaścił na następcę, o czym wspominał w wywiadzie Ronnie Wood.
Oczywiście pod tą warstwą pozornej prostoty czai się rzesza speców przeróżnych dziedzin. Wystarczy zajrzeć do książeczki. W każdym utworze zagrało przynajmniej kilkoro zaproszonych instrumentalistów, a Andrew Watt – producent płyty z pokolenia stonesowych wnuków – wspomagany był na każdym kroku przez sztab inżynierów dźwięku. Piosenki na płytę nagrywano zresztą i miksowano w różnych miejscach – Londynie, Los Angeles, Nowym Jorku i na Wyspach Bahama. Nic tu nie działo się przypadkiem i pewnie w tej machinie nie było wiele miejsca na spontaniczność. Mimo to udaje się zachować świeżość i spójność. Album Hackney Diamonds jest bogaty aranżacyjnie, producencko wysmakowany, ale w żadnym miejscu nieprzeładowany. Pojawiają się tu i ówdzie chórki, dęciaki czy smyki, co podkręca jedynie finalną wartość, doprawia wyśmienitą potrawę sporządzoną z prostych, ale jakościowych składników. Nie odniosłem też wrażenia, że mam do czynienia z produktem – a przecież tak jest, bo to olbrzymi projekt muzyczny, wykonawczy, marketingowy. Może kilka piosenek (jak singlowe Angry) wymyślono w formacie przyjaznym dla radia, ale przecież nie mówimy tu o muzyce alternatywnej, lecz o „stadionowym” zespole, który ma prawo trochę powdzięczyć się do masowego słuchacza.
Na swój sposób wzruszające jest dla mnie to, że choć pojawiają się tutaj wielkie nazwiska z parnasu światowej sceny, na czele z Paulem McCartneyem, Eltonem Johnem czy Stevie Wonderem, nikt z nich nie pcha się na pierwszy plan, nie gwiazdorzy. Paul po prostu chwycił za bas w doskonałym, zadziornym, pełnym energii, niemal punkowym Bite My Head Off – życzyłbym sobie, by młodzi muzycy potrafili wykrzesać z siebie choć cząstkę tej energii. Puśćcie ten numer na potańcówce, a cała sala ruszy w tany, panowie zaczną kręcić marynarami, panie zadzierać nogi. Elton z kolei zasiadł za fortepianem w bujającym Get Close i pulsującym bluesową nutą, tanecznym Live By the Sword. Stevie zagrał cudnie na fortepianie, pianinie Rhodesa i moogu w – kto wie, czy nie najlepszym na płycie numerze – pełnym soulowego rozmachu, a jednocześnie subtelnym Sweet Sounds of Heaven. Śpiewa w nim też Lady Gaga, i to jak! Z pasją, siłą, gospelowym zacięciem, który przynosi mu uduchowienie. Ale ona to potrafi – doskonale wyczuwa muzyczne konwencje.
The Rolling Stones mają na swoim koncie płyty bardziej eklektyczne, ale i na Hackney Diamonds znajdziemy wiele nawiązań do wcześniejszych fascynacji. Są tu do bólu klasyczne dla nich riffy, dźwięki, patenty (Angry czy Whole Wide World). Są ballady, które nie ustępują tym klasycznym z lat chwały, jak Depending On You czy zaśpiewana przez Richardsa gorzka i refleksyjna Tell Me Straight. W przyjemne tradycyjne folkowo-bluesowe rejony wędrujemy za sprawą swojskiego Dreamy Skies, gdzie główną rolę odgrywa przede wszystkim gitara akustyczna pieszczona techniką slide oraz harmonijka ustna, która pojawia się przy końcu. A wieńczące dzieło dżamowanie w postaci Rolling Stones Blues Muddy’ego Watersa przenosi nas wprost do czasów, gdy podczas pierwszej wizyty w USA Keith i Mick spotkali swojego bluesowego boga malującego ściany w siedzibie chicagowskiej wytwórni Chess Records. Prawdziwy powrót do korzeni, klamra spajająca 60 lat studyjnej działalności, która przecież rozpoczęła się od cytatów z tradycyjnego śpiewnika delty Missisipi.
W tekstach z Hackney Diamonds nie pojawia się żal za mijającym czasem. Może jedynie we Whole Wide World Jagger pozwala sobie na wspominki. A poza tym liryki krążą – w mniej lub bardziej dosłowny sposób – wokół spraw damsko-męskich, wzlotów i upadków, jakie towarzyszą dojrzałemu mężczyźnie. I wiecie co? Mickowi i reszcie załogi wciąż wypada. Ach, dożyć w takiej formie ich wieku!
Brawa dla Keitha, Micka i Rona oraz całego sztabu gości, studyjnych muzyków i producentów. Każdy dorzucił tu swoją cegiełkę. Wyszła płyta, której chce się słuchać. Nie otwierają się tu nowe płaszczyzny inspiracji, ale kto tego wymagał od najstarszego zespołu na świecie? Hackney Diamonds nie detronizuje pomnikowych albumów z przełomu lat 60. i 70. , ale nagranie pełnej emocji, dobrych melodii, zadziornej, ale i chwytliwej płyty po sześćdziesięciu latach działalności to jednak wydarzenie samo w sobie.
Kto kocha Stonesów, będzie wniebowzięty. Kto ich nigdy nie polubi… Cóż, błądzić jest rzeczą ludzką.
Ocena: 8/10
Universal Music Poland na Facebooku
- Czarny Bez – „W blasku księżyca” (2025) - 15 stycznia 2026
- Slave Keeper – „Podwójna gra” (2025) - 19 listopada 2025
- Sothoris – „Domus Omnium Mortuorum” (2025) - 4 października 2025

