The Journey Of Man zabiera nas w podróż do starożytnej Grecji. Tam młody człowiek dowiaduje się, że wkrótce zginie, a my wędrujemy w labiryncie targających nim emocji i lęków. Razem z nim zapadamy w mentalną otchłań. Tyle o swojej muzyce mówi Tragacanth. Holenderska załoga, mająca także w składzie Adriana „OQ” Neagoe, byłego członka Negura Bunget, na swojej drugiej płycie proponuje cały tygiel ekstremalnych dźwięków, utopionych w symfonicznym sosie.
The Journey Of Man to w pełni progresywna, dość skomplikowana w formie mieszanka wszystkiego, co można nazwać ekstremą. Punktem wyjścia jest tu black metal, który stanowi trzon tego dziwacznego tworu, ale wszelkie odgałęzienia każą stawiać zespół na półce zdecydowanie progresywnej. Znajdzie się tu sporo symfoniki, trochę zwykłego, klawiszowego tła, nieco onirycznych, akustycznych fragmentów, kojarzących się z etnicznym brzmieniem Bliskiego Wschodu, sporo brutalnego death metalu, a nawet momenty ocierające się o free jazz. Niby fajnie, bo odkrywania jest naprawdę dużo, smaczków jest więcej niż piasku na pustyni, ale potrzeba sporej dawki cierpliwości, żeby odnaleźć w tym treść. Formalnie płyta jest mocno pokręcona, zespół pozwala sobie na bardzo dużo swobody w komponowaniu – fragmenty kojarzące się z Dimmu Borgir, tudzież wczesnym Emperor, bezkompromisowo zderzają się z pustynną akustyką, eterycznością Nile, power metalową melodyjnością, instrumentalnym rozpasaniem Dream Theater, ewentualnie nieskrępowaną brutalnością najczarniejszych, skandynawskich hord. Momentami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Tragacanth chciałby być jak Akercocke, ale do brytyjskiej załogi brakuje im sporo, bo żenić ze sobą skrajne rzeczy to trzeba umieć. Holendrzy niby potrafią, bo technicznie jest raczej bez zarzutu, ale płyta nie za bardzo chce się kleić w spójną całość. Gdy zespół pędzi na nośnym, black metalowym patencie, lub próbuje przemycić nieco wibracji Behemoth to jeszcze jest to całkiem znośne, ale gdy gitarzyści zaczynają się onanizować, to wszystko się rozjeżdża. Symfoniczne ozdobniki z czasem przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego – zamiast potęgować nastrój, odzierają muzykę z antycznych, śródziemnomorskich inklinacji i stają się niepotrzebną przeszkadzajką. Za dużo rozmachu i patosu, za mało prostej, klawiszowej elektroniki. Szkoda, bo coś, co zapowiadało się jako ciekawa, muzyczna koncepcja, zamienia się w dźwiękowy bałagan. Koniec końców, płyta pod koniec zaczyna po prostu męczyć.
Nie odmawiam zespołowi umiejętności, a nawet pewnej dozy talentu, ale The Journey Of Man jest jak jednogarnkowe danie, do którego wrzucono stanowczo za dużo składników. Będzie to jadalne i wyżywi sześcioosobową rodzinę przez tydzień, ale najdalej w piątek nastąpi okupacja toalety.
Ocena: 5,5/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022
Tagi: 2018, album review, black metal, Black/Death Metal, Loud Rage Music, Progressive Death Metal, recenzja, The Journey Of A Man, Tragacanth.






