Site icon KVLT

Vesen – „Rorschach” (2016)

Vesen. Nazwa tego norweskiego zespołu obracającego się w klimatach black i thrash metalu w tłumaczeniu na język polski oznacza mniej więcej tyle co stwora, czy istotę. Stwór ten pełza po scenie muzycznej od 1999 roku, a jego doświadczeni muzycy walczyli z dźwiękami w niejednej kapeli. Piąta z kolei płyta hordy Vesen nosi tytuł Rorschach. Album w założeniu koncepcyjny, przynajmniej jeśli chodzi o warstwę liryczną, poruszającą szereg problemów psychicznych pewnej jednostki. Pytanie brzmi, czy lata praktyki przekładają się na przyjemny w odbiorze materiał?

Na krążku zmieściło się dziesięć numerów zespołu z Norwegii. Całość rozpoczyna się od udanego intra do Damnation Path. Utwór ten traci nieco mocy, gdy na pierwszy plan wysuwa się wokal, choć sekcja instrumentalna nie bierze jeńców. Podobnie jest w kolejnych dwóch numerach, które prezentują równy i ostry poziom. Chłopaki sięgają po wszystko co najlepsze w thrashu, dodając od siebie szczyptę mroczniejszego uderzenia. Blood, Bones and Pride to numer cztery w kolejności, ale na mojej prywatnej liście zdecydowanie zajmuje zasłużone pierwsze miejsce. Numer ten jest przykładem najlepszego skandynawskiego blacku, w którym powolne i depresyjne dźwięki spotykają się z dorzucaniem do gitarowego pieca potężnych brył czarnego, jak dupa szatana, metalu. Rewelacyjny bas (Stein Sund z Einherjer!), zawodzenie gitar, do tego proste, acz znakomite riffy, growl i chórki, zmiany tempa. Bez dwóch zdań numer kompletny, który można porównać do wczesnych osiągnięć Venom, czy takich bardziej Darkthrone i Burzum.

Dalej jest równie smakowicie. Screaming Sane i Crown of Scars to dwa krótsze, ale niezwykle szybkie numery. Doświadczeni panowie jakby znów wskakiwali w młodzieżowe adidasy, chcąc zaserwować nam oldschoolowy thrash z domieszką blacku. Szybko dochodzimy do numeru siódmego, który nieco uspokaja nam tempo, do którego już przyzwyczaiła nas kapela Vesen w poprzednich numerach. Całkiem udany numer, aczkolwiek coś lepszego horda zostawiła na koniec. Po minutowym szybkim przerywniku z głośników wyjeżdża śmierć w postaci najdłuższej, siedmioipółminutowej kompozycji Away the Tormentor. Chłopaki znów sięgają do korzeni czarnego metalu, robiąc to po prostu dobrze. Krążek zamyka jeszcze jedna petarda w postaci Final Insult, który był oficjalnym singlem promującym ten album. Bardzo udany album.

Czterdzieści minut spędzonych z płytą Rorschach to czas zainwestowany w porządną dawkę bardzo dobrej muzyki. Fani starej szkoły black metalu nie powinni czuć się zawiedzeni, a i thrashowcy znajdą tu sporo dla siebie. To jest to, co tygryski lubią najbardziej. Kawał dobrej roboty. Skål!

Ocena: 9,5/10

Latest posts by vlad (see all)
Exit mobile version