Przejdź do treści

VITAMIN X – „Ride the Apocalypse” (2026)

10

Konkrety to ja lubię! 13 marca bieżącego roku ukazała się siódma płyta holenderskiej załogi Vitamin X. Nosi ona tytuł Ride the Apocalypse i została wydana przez Svart Records. Ciekawą okładkę na jej potrzeby stworzył sam Andrei Bouzikov (Muncipial Waste, Nervosa, High On Fire), a za mastering odpowiada Joel Grind (Toxic Holocaust, Cavalera Conspiracy, Power Trip).

Widać zatem, że Witamina X postanowiła wrócić z mocnym albumem. Ośmioletnia przerwa dzieląca nowy album od poprzednika to zdecydowanie długi okres na scenie muzyki ekstremalnej, która lubi szybko zapominać o zespołach. Muzycy zapewne sobie zdawali z tego sprawę i postawili na brak kompromisów w samej muzyce i jej produkcji oraz w podaniu ludziom gotowego produktu.
Dwadzieścia osiem minut trwania albumu to jazda bez trzymanki, materiał jest dziki, hałaśliwy i przepełniony gniewem. Kompozycje są szybkie, bardziej punkowe niż thrashowe, ale nadal można mówić tu o crossoverze. Miks stylistyczny przesunął się na korzyść HC/punk, ale to nie znaczy, że zapomniano tu całkowicie o metalu czy rock n’ rollu spod znaku Motörhead (którego jest tu bardzo, bardzo dużo). Panowie przez osiem lat dojrzeli, młodzikami już nie są i słychać to w ich muzyce. Nadal z głośników wylewa się zaraźliwa energia, ale mam wrażenie, że utwory są bardziej dojrzałe, a gniew lepiej ukierunkowany. Nie ma tu buntu dla samego buntu. Uczucia są przelewane w muzykę naturalnie, z dużą skutecznością.

Z dużego wyboru utworów nagranych na Ride the Apocalypse do gustu przypadły mi najbardziej hitowe, melodyjne, punkowe strzały, takie jak Break Away. Bardzo zaraźliwe, wpadające w ucho, esencjonalne dla hardcore punka. Jednak zdaję sobie sprawę, że ich siła tkwi w kontraście z bardziej agresywnymi kawałkami, dlatego uważam ten album za zwartą całość, która w takiej postaci wchodzi najlepiej.

Vitamin X ma już trzydzieści lat. Zespół nagrał sporo materiału, sporo też zagrał koncertów. Jest to band doświadczony, złożony ze starych wyjadaczy, którzy po tylu latach nadal czują radość grania. Ride the Apocalypse nie jest płytą nagraną przez starszych panów po to, by wypełnić warunki kontraktu. To album prawdziwy, żywy, nasączony chęcią niszczenia scen. Ameryka nie została tu odnaleziona na nowo, ale słucha się tego całkiem sympatycznie.

OCENA: 8/10
(Visited 1 times, 9 visits today)