Site icon KVLT

Weekend Nachos – „Apology” (2016)

To płyta, której pojawienie się sprawiło sporej ilości ludzi przykrość. I nie chodzi mi tu o hejterskie pantofelki nastawione krańcowo na „nie”, niczym przedszkolaki na sałatkę jarzynową. Nazwę płyty można, i chyba powinno się, brać dosłownie. Mamy do czynienia z ostatnim wydawnictwem Weekend Nachos. I jednocześnie pożegnaniem.

Apology to trzynaście utworów w stylu, który najłatwiej określić jako wymieszanie ciężkiego sludge z rozwiązaniami i duszą powerviolence. Połączenie takie może brzmieć jak karkołomny wybieg w wymuszoną oryginalność, niemniej te trzydzieści kilka minut udowadnia, że Nachosy grają naturalnie, swobodnie i niewymuszenie. Za wydawnictwo odpowiada Relapse Records.

Płyta mogłaby się zacząć lepiej. Otwierający krążek 2015 nie jest punktem najjaśniejszym, za to na pewno zbyt długim i z zbędnie przeciąganą końcówką. Pozwala jednak poznać się na stylu, jaki przez następne utwory Weekend Nachos prezentują. To punk, skoczny i z jajem, nawet pomimo gęsto usianych walców i zwolnień. Najlepiej sobie to zdefiniujecie odpalając zalinkowany Dust: to kwintesencja Apology i jeden z jego najjaśniejszych punktów (do tego z świetnie wpasowującym się Dylanem Walkerem z Full of Hell). Potężny powerviolence z końcówką, przy której można góry nosić i zęby wybijać. Na płycie znajdziecie numery nastawione na prędkość, chaos i blasty, jak i wolniejsze molochy-miażdżyciele. Do pierwszych zaliczają się Fake Political Song, Judge, Dog Shit Slave i w sumie cała pierwsza część płyty (do N.A.R.C. włącznie). Reszta jest wolniejsza, że wymienię tylko miażdżąco ciężkie Eulogy, World Genocide czy kończący płytę, tytułowy Apology, z „czystą” partią na pianino, akustyka, ale też brzmieniem burzącym mury basem.

Który styl wychodzi chłopakom lepiej? Potrafią grać i tak, i tak, a części, choć inne, nie odstają od siebie jakością. Czy to blastująco-punkowe galopy, czy sludge’owe młoty, Weekend Nachos umie grać, czuje muzę i przekonuje do siebie nawet, jeżeli od wolniejszych temp razem z niżej podpisanym dostajesz udaru. Niemniej najlepiej im wychodzi, gdy mieszają oba te style. To spotlighty tej płyty, chwile łączące punkowe zacięcie i ciężar. Dog Shit Slave posiada taki fragment. Mam wrażenie, że moshpart do niego zwyczajnie rozwali ściany klubu, w którym to numer ten zostanie zagrany. I bardzo chciałbym to zobaczyć.

Wszystko to brzmi fajnie, ale jeszcze fajniej robi się, gdy dodamy do tego kapitalne brzmienie płyty. Jest bardzo dobrze, mięsiście i ordynarnie, nie na tyle jednak, by dźwięki stawały się nieczytelne. Wokal brzmi cudnie, bas to miód w moich uszach na moje uszy, a jednak całość nie utraciła charakterystycznego posmaku DIY, grindowej zadziorności i charakterystycznego czynnika wysokiej wpierdologenności. Czego więcej chcieć?

Płyta nie jest idealna. Czasami jest za wolno, czasami traci swoją moc, zdarzają się gorsze pomysły. Podoba mi się natomiast jej luz. Słuchając Apology miałem wrażenie, że ta płyta nie miała być jakimś dowodem, pożegnaniem, czy czymś ten deseń. Że Weekend Nachos nagrali ją po prostu dla siebie, bez spinania pośladów i przesadnego kombinowania. I chyba w tym tkwi jej moc. Macie tu czyste Naczosy, bez udawania, bez spełniania wymogów, granie dla grania.

Każda opowieść kiedyś się kończy, historia Weekend Nachos też kiedyś musiała. Szkoda, ale zakończenie zaiste jest w zacnym stylu. Trzymam kciuki, że uda mi się trafić na jeden z ich ostatnich koncertów. Jeśli nie, samo Apology też jest godnym pożegnaniem.

Ocena: 8,5/10

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
Exit mobile version