Wombbath – „Choirs of the Fallen” (2020)

Stosunkowo niedawno zastanawiałem się, co motywuje muzyków Wombbath do tak bogatej aktywności muzycznej. W macierzystym zespole w ostatnim czasie materiały wydają w sensownych odstępach, a mimo to ciągną tonę innych projektów, które na dodatek w dużej mierze są wariacjami na temat szwedzkiego death metalu. Te projekty to Gods Forsaken, Heads For the Dead, Berzerker Legion, Nattravnen czy Just Before Dawn (w tym przypadku kierują się w stronę szkoły spod znaku Bolt Thrower). Lista jest oczywiście znacznie dłuższa i jedynie pogłębiła moje rozterki… Odpowiedź na moje zapytanie przyniosła nowa płyta Wombbath o nazwie Choirs of the Fallen. Słuchając jej mam wrażenie, że jej twórcy potraktowali swoje inne zespoły jako oczyszczenie, by pod nazwą Wombbath nagrać najczystszy, old schoolowy, szwedzko death metalowy album, jaki tylko byli w stanie. Krążek ujrzał ciemność nocy 6 marca bieżącego roku z logiem SoulSeller Records i zawiera w sobie dziesięć hymnów śmierci, sięgających niemal pięćdziesięciu minutom trwania.

Pierwszym aspektem, który urzekł mnie na Choirs of the Fallen to bezpośredniość jego przekazu. Utwory nawet gdy nie buzują agresją, wbijają się z wielką łatwością w podświadomość, co można postrzegać na jako swego rodzaju przebojowość. Przebywanie z albumem umila także bez dwóch zdań brzmienie. Brudny, mocny sound utrzymany jest w najlepszej tradycji starej szkoły szwedzkiego metalu. Nie brakuje tu charczących charakterystycznie gitar, przesterowanego basu, klimatycznych solówek i głębokiego, zdartego growlu, który na dodatek jest zaskakująco czytelny. Od rozpoczynającego album utworu Fallen muzycy Wombbath wbijają kolejne gwoździe do naszej trumny, wymierzając uderzenia ze smakiem, miarkując nam ból, i dbając, byśmy dotrwali do końca. Mam także wrażenie, że w tej jakby prostocie przekazu i formy jest największa siła. Utwory oczywiście nie są banalne czy tanie, ale na pewno nie ma przekombinowania, za to są dobrze skonstruowane.

Płytę rozpoczyna utwór Fallen, który bez owijania w bawełnę ciśnie w nasz narząd słuchu swój jad. Średnie tempo z „U” wykrzyczanym przez Jonny’ego Petterssona obiecuje skuteczną krwawą kaźnie, i tak jest w rzeczywistości. Fallen to świetny i urozmaicony otwieracz, pokazujący, czego można się spodziewać w kolejnych minutach trwania krążka. Doceniam bardzo umiejętność muzyków do utrzymania pewnego rodzaju powietrza w kompozycjach – pomimo nacisku na brudny sound, utwory nie męczą, dają się łatwo rozgryźć, słuchacz nie jest zmuszony do nasłuchiwania, co aktualnie jest grane. Riffy wymuszają na perkusiście rytmiczne granie, a on – jak słychać – potrafił wyczuć jak zbudować swoje partie, by nie przeładować materiału. Te zabiegi ostatecznie dają album silnie rytmiczny i witalny, agresywny, lecz nie skomasowany. Dobre słuchanie zapewnia także silne urozmaicenie temp, album nie jest podzielony na szybkie i wolne kawałki, praktycznie każda z kompozycji oferuje pełną gamę patentów – od grobowych zwolnień po szaleńcze blasty, dzięki czemu o hity nie trudno.

Zaliczam do nich na pewno Crawling From the Pits z początkiem przypominającym motyw przewodni z soundtracku do filmu 28 Dni Później, silniej skierowany w wolniejsze tempa, ale nie pozbawiony przyśpieszeń A Sweet Taste of Death, i motoryczny Choirs of the Damned.

Przyjęło się zakładać, że old schoolowy szwedzki death metal to raczej skostniały gatunek i można ewentualnie grać wariacje na temat już odegranych patentów. Ciężko mi się z tym nie zgodzić, aczkolwiek słuchając Choirs of the Fallen, nie sposób nie zauważyć jak długą drogę ta muzyka przeszła przez ostatnie trzydzieści lat. Wystarczy porównać Wombbath z generycznym Left Hand Path zespołu Entombed, by zauważyć, jaki progres aranżacyjno-twórczy przeszli muzycy i ich sztuka. Choir of the Fallen jest sztandarowym przedstawicielem SWE death metalu, posiada jego wszystkie ważne elementy, ale też pcha go nieco dalej, by na jego bazie móc nadal podawać fanom atrakcyjną muzykę.

Ocena: 8,5/10

Wombbath na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , .