Zardens – „Blackness Unfolds” (2015)

Oto kolejny przykład prawdziwości zasady by nie oceniać różowych pisemek po okładkach. Napatrzysz się na taką, naobiecuje ci frajdy, a w środku znajdziesz całkowicie coś innego niż miało to być. W przypadku Zardens wszystko wskazywało na black metal z gatunku tych bardziej atmosferycznych. Luja wafla jak mawia łazarski poeta.

Blackness Unfolds to druga płyta belgijskiego projektu metalowego.  Wydana rok temu przez kolektyw Satanath Records i Death Portal Studio długograjka zawiera czterdzieści kilka minut sporego, metalowego miszmaszu, zawartych na dziesięciu utworach.

Trudno jest określić, dla kogo konkretnie powstała ta płyta. Wiadomo, że mama będzie dumna a laska szybciej da się poderwać gdy pochwalisz się własnym krążkiem, ale czy jest jakieś określone grono odbiorców? Cóż, poza nieukierunkowaną rzeszą fanów po prostu metalu, nie sądzę. Zardens gra mieszankę thrashu, deathu i blacku z dużym fetyszem melodyjności. Z jednej strony można powiedzieć, że chłopaki się nie ograniczają, że grają jak chcą i tak dalej. Nie powiem, to prawda. Tylko że fani osobno thrashu, deathu lub blacku niespecjalnie mają czego tu szukać. Obszerność gatunkowa poskutkowała brakami w jakości, co spowodowało, że każdy element tu jest co najwyżej niezły. W większości po prostu brak im pomysłu i chwytliwości by przyciągnąć na dłużej. Nieważne czy mówimy o black/thrashowym Berzerker, Afterlife z przebłyskami quasifolku, balladowym Empty Skies, Among the Dead z początkiem jakby wyjętym z wczesnego power metalu czy wręcz DSBMowym Sadness, utwory są jakieś takie… jakie-takie. Tu i ówdzie trafi się przyśpieszenie, tam i siam zwolnienie (Slave To The Moon ma całkiem niezłą partię solówkową), ale na koniec nic szczególnego z tego nie ma. Wpływów na płycie jest za dużo, by je wymieniać, choć wydaje mi się, że największym jest Dissection. Może to oczywiście być tylko moje spostrzeżenie. Natomiast założę się, że każdy zauważy mankamenty brzmienia Blackness Unfolds. Poczynając od ogólnie czystej i „modernowej” produkcji, w każdej ścieżce mogę znaleźć coś, co mi nie pasuje. Mój ulubiony bas niby jest słyszany, okej… tylko, że brzmi jakoś tak sucho, całkowicie bez mięsa. Wokal określiłbym jako średni, a talerze najchętniej wywaliłbym z miksu. Reszta nawet ujdzie, choć powtórzę: brak tu mięsa, brak mocy. Layout jest kwestią mieszaną. Z jednej strony mylący, z drugiej strony estetycznie minimalistyczny (okładka mi się podoba, choć nie jestem pewny, czemu), z trzeciej strony książeczka w środku jest totalnie w innym stylu niż od zewnętrznej. No bądź tu mądry, jakbyś budował Sokoła Milenium z szarych, niebieskich i różowych klocków lego.

Nie powiem, żebym tą płytę polecał. Szczerze mówiąc to zastanawiam się na kiego grzyba zmarnowałem na nią wartość czasową trzech pełnych odsłuchów, skoro w pełni wystarczyłby jeden. Płytko jest, nie ma co dodawać.

Ocena: 5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .