Wij – Przestwór (2023)

Śledzę karierę Wija od debiutanckiego Dziwidła, dotychczasowy dorobek studyjny (podobnie jak koncert zagrany podczas Summer Dying Loud 2022) nie sprawił jednak, bym spoglądał na twórczość grupy z perspektywy kolan. O ile debiut i Przeklęte Wody doceniam, znajdując na nich sporo ciekawej treści, moja odległość od parteru pozostawała do tej pory, w przypadku warszawskiego trio, dość bezpieczna.

Wiele wskazuje na to, że druga płyta grupy ma szansę tę sytuację zmienić, bo Przestwór wziął mnie z zaskoczenia bardzo skutecznie, wypełzł spod wyra, chwycił za nogawkę i z łatwością wciągnął do swojego przedziwnego, wielobarwnego świata, w którym od pierwszej chwili poczułem się zaskakująco dobrze.

Cholera jasna, czego tu nie ma. Kojarząc Wij przez pryzmat tradycyjnego doom/heavy – czy, jak zwykli to nazywać spece do marketingu, proto – metalu, otrzymałem na nowym albumie daleko szerszy wachlarz inspiracji, odwołań i muzycznych kluczy. Od Panzerfury wjeżdżającej dismemberowym riffem, przez sabbathowy vibe Porońca, orientalne smaczki Brek Zarith, nowoczesne post grunge’owe Lete i Lucyferynę, po punkowego Niezatapialnego i wręcz crossoverowy Z Raju won, Wij tasuje swobodnie swoją muzyczną talię, zmieniając co rusz układ wyłożonych na stół kart.

W całym tym misz-maszu jest jednak wspólny mianownik. Są nimi co najmniej dobre (Oko, Niezatapialny), bardzo dobre (Brek Zarith, Lete, Skrzypłocz, Z raju won), a miejscami zasługujące nawet na ocenę celującą (Panzerfura, Poroniec, Lucyferyna) bangery, które znakomicie siadają, zostają w głowie i zmuszają do swawolnego tańca, ze szczególnym uwzględnieniem ruchu bioder.

Nieodzownym elementem jest tu oczywiście wokal Tui Szmaragd, która w zależności od potrzeb sięga zarówno po inspiracje damami estrady lat 70./80., by w innych numerach zabrzmieć dużo bardziej współcześnie i modnie. Co ważne, wokal nie jest na Przestworze wyłącznie nośnikiem treści, ale zdaje się być trzecim instrumentem, muzycznie uzupełniającym partie Palca i Boba (a czasem kreującym własne linie melodyczne, wchodzące z nimi w dysonanse). Głos Tui to w ogóle ciekawy kazus, mocno polaryzujący słuchaczy, ja jednak skłaniam się ku tym, którzy uznają go za jedną z największych zalet twórczości zespołu.

No i te teksty. Zabawa słowem (już sam tytuł można interpretować dwuznacznie), ciekawie pogmatwane frazy, skłaniające do lektury, niebędące jednocześnie przeintelektualizowanym bełkotem liryki, inspiracje zarówno pulpową popkulturą, poezją, słowiańską i grecką mitologią, jak i kulturą komiksu (wielkie love za sięgnięcie do świata Thorgala, który w dużej mierze ukształtował także moją miłość do tego gatunku), wszystko to składa się na bardzo różnorodne i ciekawe uniwersum muzycznych opowieści.

By nie było jednak zbyt słodko, muszę wspomnieć też o minusach Przestworu/a. Po ich stronie zaliczyć trzeba na pewno długość płyty. Czuć brak tych dwóch dodatkowych numerów, dzięki którym – oczywiście pod warunkiem utrzymania poziomu – zgarnięta pula byłaby większa. Kolejna rzecz to odczuwalny niedobór drugiego wiosła, który mimo dość ciekawego zastosowania gitary barytonowej, będącej jednocześnie instrumentem prowadzącym, jak i uzupełnieniem sekcji rytmicznej, mocno zawęża arsenał środków wyrazu. Odrobinę ciekawsza mogłaby być też oprawa graficzna (ratuje ją nieco sesja zdjęciowa), choć przyznam, ze intrygujące jest odwrócenie dotychczasowych barw i tonacji, co można interpretować jako deklarację zdecydowanego wyjścia z ram wytyczonych poprzednimi albumami (możliwe też jednak, że po prostu coś sobie dopowiadam).

Jedno jest pewne – Przestwór to dla mnie nowe otwarcie w muzycznej przygodzie z Wijem. Bardzo dobry album, który na pewno zagości w moim tegorocznym podsumowaniu i skłoni do udziału w trasie zapowiedzianej na początek 2024. „Każdy jest niechrzczeńcem, tam skąd jestem!” – oj, będzie śpiewane.

Ocena: 8/10

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .