Kiedy byłem jeszcze chłonnym na popkulturę gówniakiem Zorro był jedną z postaci, które rozpalały wyobraźnię moją i moich kolegów. Ubrany na czarno śmiałek ze szpadą i czarnym rumakiem zawsze był tam gdzie trzeba, trwożył bandytów gdzieś w hiszpańskich koloniach za oceanem, a ja pochłaniałem odcinki starego serialu, jakieś zagraniczne komiksy o bardzo wątpliwej jakości, aż w końcu pod koniec lat 90-tych przyszedł Antonio Banderas i pozamiatał ostatecznie. Zorro wpadał, robił swoje, nieszczęśnikom, którzy mieli pecha mu podpaść wycinał szpadą trzema sprawnymi ruchami literę Z na klacie i znikał w ciemności kalifornijskiej nocy. Teraz oznaczanie kogokolwiek literą Z nie byłoby w dobrym tonie, więc nawet to mi spierdoliliście, ruskie łachudry.
To wszystko kompletnie nie na temat, poza tym jedynie, że black metalowy projekt Zørormr gdzieniegdzie jest nazywany właśnie Zorro, bo nikt nie ma zielonego pojęcia jak wymawiać tę nazwę. Nikt, najpewniej łącznie z samymi jej twórcami. Ot proszę, w jakim świecie żyjemy.
Anyway, czarny polski Zorro powrócił do życia po kilku latach w mniejszym lub większym niebycie z kolejnym albumem zatytułowanym The Monolith. Tym, którzy śledzą polskie blackowe podziemie nazwa Zørormr nie będzie obca. Poprzednie albumy projektu były bardzo ciepło odebrane, w ich powstawaniu uczestniczyli zresztą rozpoznawalni zawodnicy. Tym razem stojący za projektem Moloch nie pozostawił dużo miejsca na popisy kolegom i postanowił prawie wszystko wziąć w swoje ręce, oddając jedynie ścieżki perkusji staremu znajomemu Icanrazowi [EDIT: a nieprawda – kiedy otrzymałem CD okazało się, że ścieżki gitary na album położył także Quazarre znany z Devilish Impressions].
Cięcia kadrowe nie wyszły The Monolith na złe. Jeśli mieliście wcześniej styczność z Zørormr, to album nie zaskoczy was raczej niczym (może poza tym, że poznikała elektronika), ale też nie zawiedzie. To w dalszym ciągu, wciąż i niezmiennie esencjonalny black metal o kryształowej produkcji. Zorro skupia się tym razem na storytellingu, nie próbuje się z nikim ścigać na ekstremy. I paradoksalnie, dzięki temu muzyka zyskuje na dzikości. Od płyty bije pewność siebie jej twórcy.
Otwierający album tytułowy numer wskazuje słuchaczowi drogę, ale nie odsłania wszystkich kart. The Monolith zabiera nas bowiem w podróż przez różne wątki black metalu. Moloch zbiera je wszystkie, czerpie zarówno od klasyków, jak i nowej sceny, i lepi z tego bardzo ładną kulkę gówna. Mamy zatem i poszukiwania w rejonach zajmowanych przez Hate, subtelne mrugnięcia w stronę Satyricon, czy w końcu bardziej melodyjne lub bardziej klimatyczne rozjazdy. Co numer, to przygoda, ale też im dalej w las tym więcej grzybów. Pierwsza część albumu zdaje się stylistycznie nawiązywać do tego, co pewien mój znajomy nazywa typowo polskim blackiem – średnie tempa, sporo patosu, ukłon w stronę death metalu, vide Hate, vide środkowy Behemoth. Ale już później domiksowywanych jest coraz więcej składników, a The Monolith skręca, wije się i nabiera rumieńców. I Have No Mouth, And I Must Scream zadowoli black metalowych purystów zakochanych w norweskich klasykach dzięki kawalkadzie bębnów i surowym gitarom. The Pentagram to lawina i bluźnierstwo popełniane przez zimne jak lód riffy. Potem kolejny zwrot: Return To Nothingness nie przywraca nas bynajmniej do nicości, a do smętnych lat 90-tych, wyciąga z nich co najbardziej szare i oplata efektywnym groovem w niespiesznych tempach oraz klasyczną solówką.
Highlightem tej muzycznej profanacji jest dla mnie Per Aspera, Ad Astra – tutaj wszystkie przyprawy dodano w proporcjach odpowiednich dla mnie. Rusztowanie z klasycznego black metalu, urozmaicone tempa, atmosfera galopu przez cmentarz, trochę podłej, sennej mary i parę piątek przybitych klasykom nie tylko czarnego, ale metalu w ogóle. Podręcznikowa robota.
I tak się tu kręci – różne smaki przeplatają się, raz na pierwszy plan wychodzi jeden, raz drugi. Łącznie jednak The Monolith to bardzo skuteczne bluźnierstwo w postaci śmiałego współczesnego black metalu z podniesioną głową. Zørormr wspina się na wyżyny songwritingu, próbując utrzymać uwagę słuchacza i sprawić, że będzie on śledził rozwój akcji w napięciu. I to wszystko się udaje – ilekroć nie wracam do The Monolith nie błądzę, wchodzę w ten album w całości i daję mu sobą pomiatać. Nie ma tu wielu momentów, o które można by poszczególne numery skrócić, wszystko wydaje się pełnić przypisane funkcje. W tym wszystkim nikną mi jednak czasem emocje, jakby było tu za dużo chłodnych przemyśleń i kalkulacji. Odnoszę wrażenie, że muzyczna intuicja została zamieniona na muzyczną perfidię, ale biorę też pod uwagę, że może to być także efekt uboczny dość sterylnej produkcji. Ogólnie jednakże The Monolith to plugawy album, który nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest, i wyrósł dawno z potrzeby udowadniania wszystkim swojej wartości. Kawał porządnej roboty.
9/10
Sprawdź też: Dargor, Three Eyes of the Void, Kampfar, Piołun, Fabian Filiks
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025
- Servitude – „The Origin” (2024) - 18 maja 2024






