Crypt Sermon – „The Ruins of Fading Light” (2019)

Co za ekscytująca, świetna płyta. Dla kogoś, kto czerpie mnóstwo przyjemności z dobrze zrobionego epickiego doom metalu, The Ruins of Fading Light, drugi krążek filadelfijskiego Crypt Sermon to naprawdę gratka. Już wydany w 2015 roku debiut Out of the Garden podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, ale teraz Brooks Wilson i jego ekipa zagłębili się w swój styl jeszcze bardziej i dostarczyli album, który może spokojnie konkurować z najlepszymi współczesnymi krążkami gatunku. Krótko mówiąc: Crypt Sermon z dobrze zapowiadających się juniorów w ciągu czterech lat przeskoczyli do ekstraklasy.

The Ruins of Fading Light to album bardzo świadomy gatunkowo. Kwintet dobrze przyjrzał się pod lupą cechom konstytutywnym dla epickiego doom metalu i uzupełnił je o wysoki poziom wykonawczy. Jeśli spodziewacie się kolejnej kopii Candlemass, Trouble czy Solitude Aeturnus, to musicie wiedzieć, że Crypt Sermon mają do zaoferowania więcej. Oczywiście, jeśli jesteście fanami gatunku i wymienionych wyżej zespołów, The Ruins też będzie sprawiać wam przyjemność (no przecież taki The Snake Handler mógłby spokojnie wylądować na którejś z płyt Solitude Aeturnus). Ale nie o kopiowanie tu chodzi, a czerpanie inspiracji od tuzów gatunku. Crypt Sermon nie bawią się formą – świadomie w niej grzebią, nie chcąc rewolucjonizować i wymyślać doomu na nowo, za to z maestrią tworzą kolejny gatunkowy krążek z własnym charakterem. Bez wątpienia pomaga w tym fakt, że grupa ma smykałkę do podniosłych, mszalnych melodii (sprawdźcie choćby znakomity Key of Solomon), do której dokłada nieco tajemniczego klimatu starożytnych świątyń nieznanych bóstw. W ten świat zabierał nas też choćby kilkakrotnie niejaki Ronnie James Dio, pamiętacie? Melodie i aranże to bardzo mocna strona The Ruins. Nie ukrywam, że odpowiadający za te wszystkie wokalne szlagworty (i przy okazji świetny technicznie) wokalista Brooks Wilson jest dla mnie wschodzącą gwiazdą gatunku, ale nie sposób docenić kompozycyjnej roboty, jaką wykonali autorzy piosenek: gitarzyści James Lipczynski i Steve Jansson. Numery Lipczynskiego są bardziej gatunkowe, mocniej rozbudowane, podczas kiedy dwa numery podpisane nazwiskiem Janssona są nieco bardziej bezpośrednie, bardziej heavy metalowe, co jednak w żaden sposób nie odejmuje im jakości. W obu przypadkach, w porównaniu do Out of the Garden, kompozytorzy skorzystali na przyspieszeniu. Oczywiście pamiętajmy, że wciąż poruszamy się w ramach doom metalu, więc proszę nie spodziewać się blastów, ale dynamiczne zróżnicowanie utworów i nieco odważniejsze korzystanie z różnych środków rytmicznych przynosi Crypt Sermon konkretne korzyści. W każdym kolejnym utworze od razu czuć, że zespół jest pewny siebie i wie co robi, nie szuka zaś na ślepo.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą na The Ruins of Fading Light Crypt Sermon osiągnęli, a która jest niestety niezwykle rzadka, choć jednocześnie jest jedną z cech konstytutywnych dla całego gatunku. Cecha, której poważne zręby słychać było już na Out of the Garden – nastrój. The Ruins jest pod tym względem niesamowicie przemyślana. Postarzane z premedytacją brzmienie, nieco plastikowe syntetyki tu i tam przywodzące na myśl te z Epicus Doomicus Metallicus, nawet ta naiwna okładka przedstawiająca danse macabre, na dodatek podczas średniowiecznego pogrzebu, z ruinami świątyni i księżycem w oddali, zdjęcie z uśmiechniętym Brooksem podnoszącym miecz, jakby przed chwilą wyciągnął go ze skały – to wszystko ma słuchacza zabrać w muzyczną podróż po zapomnianych cmentarzach, do świata magii, bóstw, mrocznych niebezpieczeństw. Do tego samego świata, do którego kiedyś zabierali nas Dio, Candlemass oraz Bathory. Fajnie, że te same bramy otwiera teraz Crypt Sermon, że to oni przewożą nas teraz na drugi brzeg tej rzeki, bo bez wątpienia mają wszystko, by przejąć tron epickiego doom metalu.

10/10

Crypt Sermon na Facebooku: kliknij.

nmtr

Tagi: , , , , .