Grin – „A Scanner Darkly” (2016)

Chodzi się po tych mniejszych i większych koncertach w okolicy, spotyka się z różnymi ludźmi, to i lokalne kapele się w dużej części widziało i kojarzy. Ale Grin mi jakoś uciekł. Wiedziałem o ich istnieniu, ktoś kiedyś był, widział, opowiadał, chwalił. Na tej fali pochwał zgłosiłem się do recenzji tegorocznej EPki kwartetu, zatytułowanej A Scanner Darkly. I niestety nie wiem, skąd się te wszystkie ochy i achy wzięły.

A Scanner Darkly to trzy kawałki (i prawie minutowa elektroniczna suitka na końcu) utrzymane w nudnawych tempach i oparte na naprawdę najprostszych rozwiązaniach. Jedynym momentem, w którym coś się dzieje, jest krótkie przejście w środku I’m the Machine. Poza tym – monotonia. Tytułowy numer zaczyna się jeszcze w miarę obiecująco, ale po chwili zmienia w pioseneczkę opartą na zmianie kilku prostych akordów. I’m the Machine jedzie w zasadzie na jednym riffie, który jakiś specjalnie atrakcyjny nie jest, poza tym, że ma odwróconą akcentację, co przy kilkunastu repetycjach staje się wkurzające. Gdyby nie przerwa na solówkę i wspomniana zmiana rytmu i metrum w środku można by umrzeć z nudów. Jest jeszcze Depression. O dziwo gitary grają w nim całkiem fajne rzeczy, ale całość psuje przewidywalna jak poranny stolec i jednostajna perkusyjna kanonada. Mimo wszystko jest to kawałek, w którym dzieje się najwięcej i jest po prostu najlepszy w zestawie, choć nie oznacza to, że jest w jakiś sposób wybitny. Jest okej i tyle. Wspomniałem też, że krążek uzupełnia elektroniczna suitka Before Darkness Arrives, ale możecie ją sobie odpuścić – to po prostu 56 sekund jakichś paru dźwięków i odgłosów deszczu. Ani to ciekawe, ani potrzebne, ani fajne.

Nie napisałem jeszcze ani słowa o wokalach, a czuję się w obowiązku. Otóż wokale są i choć ludzki aparat mowy jest bezapelacyjnie moim ulubionym instrumentem, to w przypadku A Scanner Darkly równie dobrze mógłby zostać nie użyty. Po pierwsze – nie da się zrozumieć absolutnie nic, bo głos Kurta został zarejestrowany w taki sposób, jakby wokalista kładł ślady drąc się do ustawionego w studio mikrofonu z przejeżdżającego obok budynku tramwaju. Nie słychać nic konkretnego, wokal jest ukryty pod ścianą dźwięku. Dziwne, bo reszta instrumentów została zarejestrowana naprawdę fajnie. Po drugie – te partie wydają się równie monotonne jak reszta. Kurt coś tam sobie krzyczy w jednostajnym rytmie. Ot, kolejny instrument perkusyjny, więc wiele chyba nie tracimy.

Żeby nie było, że słuchałem mało aktywnie – próbowałem zrozumieć dlaczego A Scanner Darkly jest, jakie jest. Zastanawiałem się, czy te wszystkie sampelki, które pojawiają się na początku kawałków, i te schowane gdzieś tam wokale nie mają razem budować wrażenia jakiejś dehumanizacji, jakiegoś industrialu. Ale skoro jako słuchacz muszę się nad tym zastanawiać i to podejrzewać, to znaczy, że to nie działa. A nawet gdyby działało, to i tak wszystko zostało popsute przez zwyczajnie słabe utwory. I to jest kwestia, która mnie zaskakuje najbardziej, bo Grin został powołany do życia przez co by nie mówić doświadczonych muzyków. Zvierzu grał choćby w Blindead, i to nie przez tydzień, a na tyle długo, żeby zarejestrować ślady basu na dwa długograje. Reszta zespołu może nie przewinęła się aż tak bardzo przez jakieś większe nazwy na rynku, ale zdaje się, że sroce spod ogona też nie wypadła. Grać raczej potrafią. Nie znaczy to jednak, że potrafią pisać.

Ocena: 2/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , .