Katatonia – „The Fall of Hearts” (2016)

Katatonia powraca po czterech latach ze swoim dziesiątym studyjnym albumem o smutnym tytule The Fall of Hearts. Prezentuje na nim dwanaście utworów z jednej strony mocno zainspirowanych muzyką progresywną, z drugiej zaś – akustyczną. Jest więc ciężko, zawile, długo (często powyżej 5 minut!) oraz ponuro, ale i delikatnie, zwiewnie, klimatycznie. Pokuszę się o stwierdzenie, że inaczej niż wcześniej. W ich nowej muzyce zajdziemy mniej chwytających za serce melodyjnych przebojów, którymi wypełnione były wcześniejsze wydawnictwa, szczególnie te z początku XXI wieku.

The Fall of Hearts nie poruszy za pierwszym razem. Zajdzie potrzeba czasu oswojenia się z kolejnym nowym obliczem Katatonii, a także stworzenia odpowiedniego klimatu. Wielopłaszczyznowość ich utworów, która jest charakterystyczna dla progresywnych dźwięków, trzeba będzie przestudiować w zaciszu domowym z słuchawkami na uszach. W innym wypadku z łatwością posądzimy je o nudę i wtórność.

Z pewnością szybko wzbudzi zachwyt pierwsza siedmiominutowa kompozycja Takeover o ciężkich doomowych zwrotkach przeplecionych progresywnym rytmem gitar i kołyszącym refrenem. Można przy nim poczuć się jak ptak latający po przestworzach. Szybko jednak sprowadzi na ziemię drugi kawałek pod tytułem Serein. Denerwujący zdaje się tu być typowy rytm perkusji, jakby popowy – tylko w przyspieszonym tempie. Wzbijemy się ponownie ku niebu przy pierwszym singlu z płyty – Old Heart Falls ubranym w tajemnicę i melodię. Nawet nie zauważycie, gdy płynnie zostaniecie przeniesieni do czwartej emocjonalnej kompozycji zatytułowanej Decima… Polecałabym przy niej zatopić tęsknoty za dawnym brzemieniem Katatonii i nie negować ich romansu z akustycznymi balladami. Ten zabieg pozwoli na odkrycie piękna tej muzyki nieśmiało przedzierającego się przez lasy naszej duszy.

Do pionu postawi Was utwór Sanction z potężną gitarą na przodzie oraz urokliwą melodią w przejściu. I tak oto niemalże połowa płyty upłynie szybko dzięki zastosowaniu przez Szwedów różnorodnych rozwiązań muzycznych. Druga część z kolei stanie się nie lada wyzwaniem. Będziecie musieli kategorycznie przestać powracać myślami do wcześniejszych wydawnictw Katatonii. Nie zagrowluje tu groźnie Jonas Renkse jak kiedyś przy Without God. Nie pojawią się chwytliwe melodie typu My Twin wyśpiewywane pod prysznicem niejednego z fanów tej legendarnej już grupy. Trzeba będzie rzucić się wir pokręconej muzyki typowej dla bandów pokroju Opeth i wyłapać sens całej tej plątaniny. Przedrzeć się przez często nie współgrający śpiew wokalisty z rytmem kompozycji. Niestety, często też monotonny spowodowany brakiem krzyków spotykanych jeszcze za czasów Ghost of the Sun. Dlatego łatwiej będzie tym, którzy lubią zmiany i uwielbiają docinać kapelom stwierdzeniem „zjadają własny ogon”, gdy te wydają na świat setny taki sam album. Choć z punktu widzenia biernego słuchacza muzyki Szwedów, The Fall of Hearts nie ustanowi rewolucji. I poniekąd przyznam mu rację i inni też, ale tylko w przypadku przesłuchania albumu szczątkowo, na przykład o zgrozo – w hałaśliwej komunikacji miejskiej.

Sądzę, że z biegiem miesięcy ten album nabierze dla mnie większego znaczenia. Połączy się z moimi codziennymi wydarzeniami tworząc emocjonalny ładunek zakodowany mocno w moich neuronach. I będę robić wszystko, w tym wypijać litrami kwasy omega trzy, aby moja pamięć była wieczna. Bowiem pięknie jest wspominać przeszłość u boku ważnych dla mnie kapel.

Ocena: 8/10

Emilia Sosińska
Latest posts by Emilia Sosińska (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .