Moontoy – “Moontoy” (2019)

„Koniec męczącego dnia, początek weekendu, czas na relaks” – pomyślałem pewnego piątkowego wieczoru, kierując swój wzrok w kierunku kilku stosików z płytami. Tym razem mój wybór padł na pierwszy pełnowymiarowy album warszawskiego Moontoy, którego to instrumentalny psychodeliczny rock z delikatnym stonerowym zabarwieniem miał zapewnić mi błogie czterdzieści minut spokoju i odpoczynku. Panowie – wykonaliście zadanie pierwszorzędnie.

Debiut tria to krążek lekki, łatwy w odbiorze i niesamowicie przyjemny w odsłuchu. To ostatnie jest bodaj największą z jego zalet – piękna (naprawdę trudno mi wymyślić inne słowo w tym przypadku) praca gitarzysty Grzegorza Złodeja, żywa acz delikatna perkusja Mikołaja Wichowskiego wraz z wyraźnie zaznaczonym basem Zbigniewa Daszczuka (brzmienie ogólnie jest niezwykle przestronne i klarowne), oraz chyba obowiązkowym zamknięciem oczu na czas pięciu składających się na album utworów sprawiają, że z uśmiechem na twarzy można odciąć się od codziennego zgiełku i dać się porwać zespołowi. Porwać albo na pustynię w najbardziej stonerowych Świdrze i Międzygazie, albo gdzieś między planety i gwiazdy w często ocierających się o space rock Megachrabąszczu, B.C.O. czy Kosimazakach. Jeśli w tym momencie zastanawiacie się, czy kreatywność w tytułach utworów ma jakiekolwiek przełożenie w muzyce tria to uspokajam – jest dobrze. Jest też bardzo naturalnie, całość momentami sprawia wrażenie, jakby poszczególne dźwięki i melodie wręcz same wypływały od muzyków.

Żeby jednak nie było wyłącznie ochów i achów, mimo niezwykle przyjemnego vibe’u oraz całego tego relaksacyjnego odcięcia, jakie recenzowany krążek niewątpliwie daje, troszkę brakuje mi na nim momentów, które spowodowałyby przyspieszone bicie serca, o opadzie szczeny nawet nie wspominając. Jest bardzo dobrze, ale jednak brak tego błysku, który oddziela wydawnictwa właśnie bardzo dobre od tych genialnych. Wydaje mi się też, że na braku wokalu odrobinę ucierpiał Świder, jednak mimo tego nadal jest to jak dla mnie najlepszy utwór na krążku. Choć lekki niedosyt niestety jest – „z głosem” mogłoby być jeszcze lepiej.

Niedosytu nie ma za to jeśli chodzi o ogólną ocenę debiutu warszawiaków. Wydany przez Galactic Smokehouse materiał to świetna propozycja na spędzenie czasu w nieco lżejszych klimatach i przynajmniej chwilowe odpłynięcie od trudów życia codziennego. Zapoznawanie się z ich pierwszym długograjem było czystą przyjemnością i wiem, że spędzę z nim jeszcze wiele czasu. Warto.

Ocena: 8/10

Moontoy na Facebooku

Łukasz W.

Tagi: , , , , , .