Naglfar – “Cerecloth” (2020)

Osiem długich lat przyszło nam czekać na następcę „Teras”. Wreszcie jednak Olivius i spółka wracają ze swoim najnowszym wydawnictwem zatytułowanym “Cerecloth” (ang. całun). Naglfar to jeden z tych zespołów, który operuje we własnej czasoprzestrzeni, na rubieżach mainstreamowego (jakkolwiek to nie brzmi) black metalu. Szwedzi zdążyli nas już przyzwyczaić do tego, że rzadko nagrywają i nieczęsto grają na żywo. Jak się nad tym zastanowić, ten zespół w swojej historii zawsze stał na uboczu. Nie ścigali się z norweskimi hordami w kategorii satanistycznych jasełek. Raczej stronili od kontrowersji i sprawiali wrażenie, że są na uboczu. Zawsze grali melodyjnie, można by wręcz powiedzieć, że „po szwedzku”, i wychodziło im to całkiem dobrze. Oczywiście tego typu granie obecnie nie ma zbyt wielu zwolenników. To nie jest transowe, gęste łojenie, jakie teraz jest w modzie. To muzyka melodyjna, momentami skoczna czy nawet groteskowa. Ale w tym wszystkim jest metoda, jest styl i charakterystyczny drive, który sprawia, że osobiście ciężko mi przejść nad najnowszą płytą Naglfar obojętnie.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że Naglfar nie wpłynął na moje własne black metalowe poszukiwania. Śledzę ich ścieżkę od wydania „Sheol” w 2003 roku, uwielbiam „Harvest” i jestem wielkim fanem ich wspomnianego już „Teras”. To, co przyciągnęło mnie do Naglfar, to ich umiejętne łączenie agresywności z melodyjnością utworów. Nie jest to może muzyka niebezpieczna i opętańcza. Dźwięki na „Cerecloth” nie nurzają słuchacza we krwi i ekskrementach. To raczej zaproszenie na wykwintną kolację, którą przyrządził Hannibal Lecter (oczywiście w interpretacji Madsa Mikkelsena). Wszystko jest tutaj bardzo starannie przygotowane. Od konstrukcji utworów, przez brzmienie instrumentów, po wokale Kristoffera Oliviusa. Brakuje może nieco przypadkowości i szaleństwa, ale Naglfar to dobrze naoliwiona maszyna, której tryby precyzyjnie kręcą się z zawrotną wręcz prędkością. Niemalże od pierwszych taktów tytułowego numeru Naglfar systematycznie łamie kości słuchacza z dużą finezją i polotem. W singlowym „Vortex of Negativity”, tak bardzo charakterystycznym dla Szwedów, objawia się cała siła muzyki Naglfar. Galopujące gitary, zwolnienia, slajdy i momentami leniwa perkusja to wyznaczniki ich stylu.

Wydaje mi się, że na „Cerecloth” w jakimś sensie zamykają się prawie trzy dekady muzyki Naglfar. Świetnym przykładem może być „A Sanguine Tide Unleashed”, który wręcz poraża swoją żywiołowością, pamiętną dla początków drugiej fali black metalu. Nie brakuje tu „pajęczyn” i „piwnicznych widziadeł”, odwołań do staroszkolnego grania, ale bez nadęcia, żeby brzmieć jak z Kasprzaka. Jest szorstko i bardzo „do przodu”. Duch przeszłości wydaje się tu wszechobecny. Zresztą nie tylko tu. „Cerecloth” w całości jest przesiąknięty gęstą atmosferą i chyba też tęsknotą za przeszłością. Nie jest to jednak, jak już wspomniałem, przesadne silenie się na staromodne granie. To raczej chwilowa refleksja, wspomnienie, może nawet sentymentalna podróż. Ale nie na stare śmiecie. Naglfar niczego nie udaje i niczego nie próbuje tu udowodnić.

Naglfar od lat grają swoje i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze. Świetna produkcja, której autorem jest Dan Swanö, i przywodząca na myśl lata 90. okładka autorstwa Kristiana Wåhlina sprawiają, że „Cerecloth” to krążek, który warto zauważyć. Naglfar nagrał solidny album. Nie jest to moim zdaniem najlepszy krążek Szwedów, ale zdecydowanie jest to płyta, której nie muszą się wstydzić. Co więcej krążek ten pokazuje, że mimo niemalże trzydziestoletniego stażu na scenie, Szwedzi potrafią wykrzesać z siebie sporo energii i agresji. A to coś, czego wielu ich rówieśnikom, jak i często młodszym adeptom takiego grania często obecnie brakuje.

Ocena: 8/10

Fabian Filiks
Latest posts by Fabian Filiks (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .