Pandrador – „Ov Rituals, Ov Ancestors, Ov Destiny” (2020)

W swoich tekstach wielokrotnie zachęcałem do unikania oceny płyt i zespołów na szybko, po paru minutach czy też jednym zapuszczeniu danego tytułu. Trywialne, ale sam nie raz przyłapałem się na podobnym zagraniu, jednak doświadczenie pokazuje, iż wielokrotnie warto było dać kolejną szansę poznawanej muzyce. Nie inaczej było z debiutanckim krążkiem zespołu Pandrador, który nosi tytuł Ov Rituals, Ov Ancestors, Ov Destiny, który był równocześnie moim pierwszym kontaktem z tą nazwą. Płyta miała swoją premierę 19 czerwca tego roku i została wydana własnym sumptem.

Skąd wstęp mówiący o nieocenianiu muzyki „po okładce”? Już tłumaczę. Mój pierwszy kontakt z muzyką Pandrador miał miejsce przy okazji premiery klipu do utworu Uppsalablot. Miałem po obejrzeniu i wysłuchaniu jego zawartości mały dysonans, muzyka tego utworu to nowoczesny, rwany i raczej szkliście nieskazitelny death metal – ok, bardzo lubię takie granie. Problem się pojawił w zawartości lirycznej i image’u zespołu, który nawiązuje do mitologii nordyckiej. Sam temat jak najbardziej cenię, aczkolwiek w połączeniu z nowoczesną sztuką niszczenia dźwiękiem jakoś mi się te dwa światy nie przegryzały. Rozwiązanie przyszło wraz z całym albumem, który okazał się ciekawie przemyślany. Sam koncept jest ciekawy, dopracowany i podzielony na trzy części: duchową, ludzką i ostatnią, mówiącą o upadku świata ludzi i samych bogów. Elementy mitologiczne są zaadaptowane na dzisiejsze realia, dzięki czemu dwa światy się przenikają.

Co do muzyki – nie mam żadnych pytań. Silny, agresywny, precyzyjny, nowoczesny death metal grany przez Pandrador wszedł mi momentalnie. Mimo sporej dozy techniki, kawałki są wręcz przebojowe (oczywiście dla fana takiego hałasu), łatwo zapamiętywalne i myślę, że sporą zasługą są riffy – wyraziste, dobrze wbite. Sądzę, że bardzo się nie pomylę, gdy porównam Pandrador do miksu Decapitated z okresu Nihility i Anticult. Na Ov Rituals… mamy do czynienia z dużą dawką gitarowych łamańców opartych na równym bębnieniu, z jakiego są znani Panowie z załogi Vogga, plus lekkie naleciałości sztuki Vadera. Zaznaczę jednak, że Pandrador jak na debiutanta posiada spore zalążki swojego stylu, w moim uznaniu nie jest odtwórcą, a jedynie nie ukrywa swych inspiracji. Ov Rituals, Ov Ancestors, Ov Destiny to mocny debiut, możliwe, że jeden z pretendentów do mojego podsumowania roku naszej sceny. Trzymam kciuki za przyszłość zespołu.

Ocena: 8,5/10

Pandrador na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , , , , .