Sepultura – „Machine Messiah” (2017)

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że Machine Messiah przypadnie mi do gustu tak bardzo. Nie jestem jednym z tych nudziarzy, którzy za każdym razem, kiedy tylko pojawi się gdzieś słowo „Sepultura” drą ryja, że Sepa skończyła się wraz z odejściem Maxa. Okej, wiadomo, że Roots czy Arise to klasyki, ale ileż można.

Od czasów mocno przeciętnego Roorback Sepultura z każdą kolejną płytą punktowała u mnie coraz bardziej. A-Lex i Kairos słuchałem z zaciekawieniem, The Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart zaimponował mi zadziornością i mocą (oraz grą nowego perkusisty – wciąż jestem pod wrażeniem tego, jak efektownie gra tam Eloy Casagrande). Ale Machine Messiah to już inny lot.

Jeszcze pod koniec 2016 roku Sepultura wypuściła pierwszy numer zwiastujący nowy krążek. I Am the Enemy pruje do przodu i ciśnie ze standardową sepulturową siłą, bo to bardzo charakterystyczny sepulturowy numer. Nihil novi sub sole. A jednak jest to utwór znacznie odstający charakterem od reszty albumu (dlaczego zatem został wybrany jako pierwszy reprezentant Machine Messiah? W wywiadzie dla Kvlt.pl opowiedział o tym sam Derrick Green). Machine Messiah, drodzy państwo, pokazuje nam nową Sepulturę. Album rozpoczyna się już zaskakująco: w utworze tytułowym, powolnym i posępnym, Derrick Green śpiewa (pisząc „śpiewa” mam na myśli „śpiewa”, nie dopowiadajcie sobie innych znaczeń tego słowa) smutną melodię, która wprowadza nas w to, co dzieje się potem. Okazuje się, że wokalista potrafi nie tylko fajnie się drzeć, ale ma też świetny, mroczny głos kiedy śpiewa czysto. Choć w Phantom Self witają nas znów te plemienne bębny, a refren groovi (sorki za to słowotwórstwo) jak na Sepulturę przystało, to tu i ówdzie odzywają się dość śmiałe orkiestracje. Kudos dla producenta Jensa Bogrena – wziął na tapetę dość standardowy kawałek Sepultury i zrobił z niego coś zupełnie nowego.

Z każdym kolejnym utworem Sepultura zaskakuje jakimś małym elementem, nie zatracając jednocześnie żadnej ze składowych swojego charakterystycznego stylu. Świetnym przykładem ego może być plączący starą dobrą Sepę z nowoczesnym łamańcem numer Alethea. Na albumie tu i ówdzie pojawiają się klawisze i smyki, jak choćby w niepokojącym Sworn Oath, gdzie ograniczają się w zasadzie tylko do podbicia riffu, a już to wystarcza, by dodać utworowi nieco patetycznego charakteru. Nie myślcie jednak, że kwartetowi brakuje w tym wszystkim pary, bo album szczyt mocy osiąga przy utworach numer 8 i 9: Silent Violence to mocny thrash pełną gębą, buchający gitarami Kissera, ale jednocześnie zostawiający sporo pola do popisu dla wokalisty; podobnie jest z kolejnym Vandals Nest, który jest napędzany perkusyjną kanonadą. Machine Messiah został też wyposażony w godny epilog w postaci urozmaiconego i chyba najlepszego na płycie utworu Cyber God, w którym dzieje się mnóstwo dobra, Kisser tnie riffami skórę, Derrick imponuje formą wokalną, Casagrande na zmianę każe kolegom przyspieszać i zwalniać, a Paolo Jr. dodaje potężnych dołów.

Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o dwóch elementach Machine Messiah, które rzuciły mi się w uszy. Przede wszystkim – dawno już w tak wyśmienitej formie nie byli ani Derrick Green, ani Andreas Kisser. Szczególnie cieszy mnie to, co zrobił na płycie ten drugi. To on jest gwiazdą tej płyty. Jego riffy stały się wyznacznikiem zmiany w zespole – są wciąż charakterystyczne dla zespołu, a jednocześnie pchnęły go do przodu. Kisser na dodatek popisuje się też świetnymi solówkami, a instrumentalny Iceberg Dances to wisienka na torcie. Z rozmów z panami Kisserem i Greenem wnioskuję, że za tchnięcie nowego ducha w stary zespół może być odpowiedzialny perkusista Eloy Casagrande. Dzięki Eloy!

A skoro o nim mowa: choć na poprzednim krążku partie Casagrande były efektowne i wybuchowe, na Machine Messiah perkusista poszedł inną drogą. Wydaje się, że bardziej skupił się nie na popisach, a na grze zespołowej, ogólnym charakterze utworów i nie można tego nijak uznać za spadek formy. Na dodatek dzięki temu w kilku miejscach (Alethea, Iceberg Dances, Cyber God) możemy podziwiać, w jaki zaskakujący sposób perkusja i riffy korespondują ze sobą. Zazwyczaj partie perkusyjne po prostu współgrają i uwypuklają riff, akcentując jego mocne części. Sepultura odkryła, że można inaczej, że bębny mogą iść nieco w poprzek riffu, zapełniając jego pauzy, ale dając mu przestrzeń, kiedy brzmi. Oczywiście nie jest to nic nowego dla muzyki ogólnie, ale to pewna nowinka dla Sepultury. Choć może w ten sposób muzyka traci nieco groove, z którego słynął przede wszystkim Igor Cavalera, ale i Jean Dolabella nie zostawał w tym temacie w tyle, to brzmi to niezwykle frapująco.

Dobra robota, Sepulturo!

9/10

 

Derrick Green w wywiadzie dla Kvlt.pl opowiada o nowym albumie Machine Messiah kliknij, żeby przejść do wywiadu.

Zobacz Sepulturę na żywo w towarzystwie Kreator, Soilwork i Aborted kliknij, żeby sprawdzić datę koncertu.

 

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , .