Slipknot, Behemoth – Łódź (06.02.2020)

Polska odsłona liczącej blisko 30 koncertów w Europie trasy We Are Not Your Kind Tour za nami. Choć od ostatniego show Slipknot w naszym kraju nie minął nawet rok (zespół gościł w czerwcu 2019 na Mystic Festival) solidna frekwencja, odnotowana w łódzkiej Atlas Arenie udowodniła, że kapela nie zdążyła się jeszcze swoimi częstymi wizytami polskim słuchaczom „przejeść”. Zespół zadbał też na szczęście o pewną różnorodność, bo koncertowa setlista, w porównaniu z zeszłym rokiem, uwzględniała siedem kompozycyjnych zmian.

Na wstępie przyznam bez bicia, że chociaż w przeszłości Slipknot, Iowę i Vol. 3 maglowałem mega solidnie, przez lata moje zainteresowanie kapelą zdążyło nieco zmaleć. Do udziału w koncercie zachęcił mnie głównie zaskakująco wysoki poziom ostatniej płyty, postanowiłem więc sprawdzić, czy po latach, także koncertowo, Slipknot będzie mnie w stanie jeszcze czymś zaskoczyć.

Jeżeli ktoś spodziewał się, że będący gościem specjalnym trasy Behemoth przygotuje na krajowy przystanek jakieś specjalne niespodzianki, mógł czuć się nieco zawiedziony – Nergal, Orion, Seth i Inferno zaprezentowali standardowo przewidziany 8- utworowy set, zahaczając o numery z I Loved You at Your Darkest (Wolves ov Siberia, Bartzabel, Rom 5:8), The Satanist (Blow Your Trumpets Gabriel, Ora Pro Nobis Lucifer), Evangelion (świetny Daimonos i Ov Fire and the Void) i pochodzący z Sataniki finałowy Chant for Eschaton 2000. Chcąc zmieścić się w przewidzianych na występ ramach czasowych, zespół zrezygnował też z jakichkolwiek wprowadzeń, przywitań, dialogów z publiką i innych elementów konferansjerki, dostarczając za to znakomitych wrażeń wizualnych (na podkreślenie zasługuje rewelacyjna oprawa graficzna i świetlna) i dźwiękowych (słychać było w wykonaniach te kilkanaście koncertów trasy).

Nergal coraz częściej podkreśla, że zespół zamierza ograniczyć ilość polskich koncertów i sukcesywnie stawiać na większe sztuki, można było więc z jednej strony cieszyć się z okazji do zobaczenia grupy na tak dużym evencie, z drugiej pozostało pogodzić z lekkim niedosytem, związanym z ograniczoną rolą supportu.

 

Po występie Behemoth scenę Atlas Areny zakryła olbrzymia kurtyna z logo gwiazdy wieczoru, który rozpoczął przygotowania do zmagań z polską publicznością. Entuzjazm z jakim ta zespół przywitała sprawił, że przez kilka pierwszych numerów (zaczęli od Unsainted, Disasterpiece i Eeyore) koncert sprowadzał się do wymagającej walki o równowagę i nieprzetrącone żebra. W ślad za wspomnianymi numerami kapela serwowała w równej mierze nowe kawałki (Nero Forte, re-we-la-cyj-ny Solway Firth, Birth of the Cruel), jak i hity pokroju Before I Forget, Psychosocial, Vermilion, czy Duality. Zaskakująco sporo czasu Slipknot poświęcił debiutanckiej płycie (spór o Mate, Feed, Kill, Repeat trwa, jednak Corey Taylor z uporem maniaka podkreślał, że „20 years ago we released our very first album”), polscy fani mieli okazję usłyszeć m.in. Wait and Bleed, Eyeless, (sic) i Surfacing, w końcu nie zabrakło też powrotu do Iowy (poza Disasterpiece, zespół zagrał New Abortion i People = Shit).

Setlista była z pewnością jednym z elementów dodatnich, czego niestety nie można powiedzieć o (przynajmniej początkowym) brzmieniu. Atlas Arena znana jest z bardzo przyzwoitych warunków akustycznych, jednak przez kilka pierwszych numerów, tych niestety trudno było doświadczyć. Na szczęście z numeru na numer sytuacja zaczęła się poprawiać i znaczna część setu została już odegrana w przyzwoitych warunkach.

Wspomniane problemy nie wpłynęły na szczęście na poziom wykonawczy i atmosferę wieczoru. Slipknot, mimo że mocno przez lata poturbowany (śmierć Paula Gray’a, odejście Joey’go Jordisona i Chrisa Fehna) nie przestaje być diabelnie skuteczną maszyną koncertową. I nawet jeśli oglądając ich ma się świadomość, że tych 3-4 muzyków jest tam w gruncie rzeczy zbędnych, całą tę dziewięcioosobową bandę bierze się z dobrem inwentarza i nieukrywanym uśmiechem na twarzy. Energia, jaką mimo upływu lat kapela wciąż potrafi wygenerować, naprawdę zasługuje na uznanie. No i emocje – biorąc pod uwagę, że twórczość grupy wyrosła na gruncie wkurwienia i żalu, żywionego przeciwko całemu światu, obecnie głównym przekazem towarzyszącym koncertom zespołu wydaje się raczej nieskrępowany entuzjazm i radosne szaleństwo.

Corey Taylor nie szczędził ciepłych słów polskiej publice, podkreślając jak wdzięczny jest za odbiór i wsparcie, jakiego zespół doświadcza od fanów od przeszło 20 lat. Bardzo miłe skierował też pod adresem Behemoth, wspominając, że trasa dzięki udziałowi polskiego zespołu jest niezwykle udana.

Tak jak koncert w Atlas Arenie, który wycisnął ze zgromadzonych w Łodzi fanów siódme poty. Czy było warto? Jak cholera!

Autorką zdjęć jest Justyna Szadkowska.

Synu

Tagi: , , , , , , , , , .