OLS (neofolk): “Rytualny klimat całości”

ols neofolk

Muzykę OLS śmiało można nazwać balsamem dla zmysłu słuchu. Jej dźwięki uspokajają dzięki rytualnemu charakterowi oraz kapitalnemu efektowi wielogłosu. OLS to jednoosobowy projekt, który od niemal czterech lat buduje swoją markę na polu klimatycznej neofolkowej muzyki. Najnowszy album Widma ukazał się dzięki Pagan Records i jest to zdecydowanie mroczniejsze wydawnictwo w porównaniu do debiutu Ols jak i drugiej płyty Mszarna.

Zapraszam do zapisu rozmowy z Anną Maria Oskierko, która jest przysłowiowym sterem, żeglarzem i okrętem w projekcie OLS.


Pamiętam tę chwilę kiedy to wpadłem na Ols, Facebook mi podsunął Twój projekt, który wtedy miał może z 200 lajków. To było chyba jakoś jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu. A jak Ty wspominasz początki swojego projektu?

Profil na FB powstał jednocześnie z wrzuceniem na Bandcampa pierwszego materiału, tylko wersja fizyczna ukazała się kilka miesięcy później.  Szczerze – wydaje mi się, że to było strasznie dawno temu i nie do końca pamiętam, jakie emocje mi wtedy towarzyszyły. Decydując się na upublicznienie swojej muzyki, nie miałam żadnych szczególnych oczekiwań. Zrobiłam ten materiał dla własnej przyjemności, ale uznałam, że skoro już poświęciłam swój czas na jego stworzenie, szkoda, żeby został kolejnym tworem „do szuflady”. Moi bliscy też zachęcali mnie, żeby pokazać się światu, więc wrzuciłam album na Bandcampa i założyłam profil na FB. Te pierwsze 200 osób zapewne składało się w większej części z moich znajomych. Dla wielu z nich było zaskoczeniem, że w ogóle zajmuję się muzyką, więc zaczęli obserwować Ols z ciekawości. A później jakoś już poszło. Pojawiło się kilka recenzji w różnych zinach, nagle z 200 osób zrobiło się kilka tysięcy. Przed upublicznieniem pierwszego materiału w ogóle nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać, więc pozytywny odbiór mojej muzyki był dla mnie miłym zaskoczeniem

Podobno Ols powstał dzięki stworzeniu coveru zespołu Katatonia

Dzięki coverom – tak, ale nie tylko Katatonii. Pomysł na Ols narodził się w dość ciężkim dla mnie okresie. Można powiedzieć, że miałam wtedy przerwę w życiu po pierwszej próbie zostania dorosłym człowiekiem, która, jak można się domyślić, nie poszła mi szczególnie dobrze. Nie miałam pracy, własnego miejsca, ani żadnego pomysłu na siebie. Wróciłam do rodzinnego domu, by przemyśleć, co dalej ze sobą robić. Dla zabicia czasu i aby nie pogrążyć się całkiem w negatywnych rozważaniach, zaczęłam nagrywać na laptopa covery swoich ulubionych kawałków w wersji wokalnej, rozłożone na wiele głosów. Od zawsze gdy słyszałam jakąś melodię, w głowie pojawiał mi się drugi głos, więc zabawa polifonią jest dla mnie czymś naturalnym. Wśród piosenek, które nagrywałam nie mogło zabraknąć utworów Katatonii, w tym „Unfurl”, który od lat jest moim prywatnym antydepresantem i wiele razy pomógł mi przetrwać gorsze momenty. Nagrałam kilka kawałków i podesłałam te przeróbki bliskim osobom. Ich reakcja była wręcz entuzjastyczna. Usłyszałam, że koniecznie powinnam coś z tym zrobić, nagrać płytę. Po jakimś czasie, gdy udało mi się ogarnąć swoje życie, wróciłam do tego pomysłu i powstał Ols.

Interesuje mnie w takim razie, ile ścieżek wokalnych rejestrujesz, aby uzyskać efekt wielogłosu?

Zależy, o co pytasz. Główną linię melodii robi zwykle ok. 5 głosów, oczywiście każdy nagrywany podwójnie, bo wtedy lepiej to brzmi. U mnie jednak wokal nie odpowiada wyłącznie za śpiewanie melodii ze słowami. Te ścieżki, które u innych przejmują gitary, bas czy klawisze – u mnie też są robione głosem. Dlatego zawsze do tych głównych kilku głosów, które śpiewają tekst, dochodzi cała masa rytmicznych dodatków, loopów, które powtarzają motywy w tle, pomruków, które wspierają linię basu, ozdobników dorzucających jakieś „solo”. Na „Widmach” (2020 rok – przyp. red.) mamy też całą masę szeptów, oddechów, krzyków, recytacji, są nawet growle – zazwyczaj w jednym kawałku mam ponad trzydzieści mniej lub bardziej rozbudowanych ścieżek wokali.

Ols to olchowy las. Jak wpadłaś na tę nazwę? Czemu akurat las?

Szukałam czegoś krótkiego, prostego, ale znaczącego. Nie chciałam podpisywać się po prostu własnym nazwiskiem, bo ludzie bardzo często je przekręcają (do tej pory największym hitem była „Anna Okienko”, a wariacje na temat iskierek to standard). Projekt z założenia miał być wyłącznie moim tworem, więc jego nazwa musiała oznaczać coś dla mnie ważnego.  Od początku wiedziałam, że musi to być słowo związane z przyrodą, bo o niej właśnie chciałam opowiadać w swoich utworach, jest to najbliższy mi temat. Ols miał być dla mnie możliwością zapisu własnych emocji i refleksji, a źródeł mojej osobowości, czynników, które ukształtowały moją wyobraźnię należało szukać w miejscu, gdzie się wychowałam. Moją krainą dzieciństwa była wieś otoczona podmokłymi łąkami i torfowiskami, na których rosły wiecznie zamglone olchowe lasy. Przez wiele lat spacerowałam po tych olsowych mokradłach, jako nastolatka miałam ulubione miejsce na powalonej olszy, przerzuconej jak most nad rzeką. Całymi godzinami czytałam tam książki. Nawet dziś, gdy myślę o naturze, poezji, muzyce, to jako tło mam właśnie ten krajobraz – podmokłe łąki, znad których rankiem i po zmroku podnosi się gęsta mgła. Ols jest najbardziej naturalną nazwą tego projektu, jaka mogła przyjść mi do głowy. A że przy okazji olsy i bagna budzą skojarzenia z tajemniczą stroną rzeczywistości, z ciemnymi siłami zasiedlającymi niedostępne mokradła, jest w tej nazwie też element mroku, który pasuje do mojej muzyki.

olchowy las

Dlaczego postanowiłaś się poświęcić muzyce folkowej? Może chciałaś wypełnić lukę w polskiej muzyce? Oprócz Ols do głowy w takim klimacie przychodzą mi By The Spirits, Perunwit, Lord Wind.

Niczego takiego nie postanawiałam. Jedynym założeniem przy tworzeniu projektu było to, że mam w nim wszystko robić sama. Dostosowałam więc muzykę do tego, co byłam w stanie zrobić bez pomocy dodatkowych osób. Nie mogłam grać black metalu, bo ani głos nie ten, ani moje umiejętności gitarowe nie były na wystarczającym poziomie. Zaczęłam więc od tego, co lubiłam najbardziej, czyli śpiewania na głosy. Dodałam do tego flet poprzeczny, na których umiem grać, inne dęciaki, klawisze, rytualne bębny. Taki zestaw startowy z automatu popchnął mnie w stronę akustycznej, melancholinej i mocno melodyjnej muzyki. To, że gram neofolk/darkfolk powiedzieli mi dopiero recenzenci. Ja sama nie nazywałam swojej muzyki. Po prostu gram swoje – klasyfikację gatunkową pozostawiam osobom, które się w tym specjalizują.

Gdybyśmy wyszli z założenia, że liczby fanów na Facebooku to jakiś wyznacznik, to można by wysnuć tezę, że osiągnęłaś sukces.

Myślę, że cyferki o niczym nie świadczą. Są bandy z milionami fanów, które uważam za wtórne, nudne i płytkie. Są też zespoły, które mają tylko garstkę słuchaczy, a tworzą prawdziwą, poruszającą sztukę. Jak wspomniałam wcześniej – nie czuję się częścią sceny folkowej, powiem więcej: nie czuję się częścią żadnej sceny, więc nie wydaje mi się, żeby porównywanie się do projektów, z którymi nie mam nic wspólnego miało jakikolwiek sens. A już porównywanie, ile kto ma lajków, nie ma sensu na pewno. Nie sprawdzam nałogowo statystyk na fejsie. Gdy robię muzykę, w ogóle nie zastanawiam się nad tym, ile osób się nią zainteresuje. Szczerze – zupełnie zapominam wtedy, że istnieją jacyś potencjalni słuchacze. Pod tym względem nic się nie zmieniło od powstania projektu – robię Ols dla przyjemności własnej. Jeśli trafię ze swoją muzyką do rzeszy fanów, to świetnie, jeśli będzie ich garstka – trudno. Ja będę robić swoje, bo mnie to po prostu cieszy i pozwala oderwać się od codzienności a także ukierunkować pokłady twórczej energii, którą w sobie mam.

Jaka jest w takim razie Twoja definicja sukcesu? Istnieje jakaś?

Dla mnie najbardziej budującymi momentami są te, gdy dostaję wiadomości świadczące o tym, że jakaś osoba rzeczywiście poczuła i zrozumiała moją muzykę. Muzyka, którą traktujemy jako ekspresję siebie ma małe szanse trafić na kogoś, kto oczyta ją dokładnie tak, jak byśmy sobie życzyli. I kompletnie nie chodzi mi o pozytywne recenzje. Mowa o głębszym wymiarze, o sytuacji, gdy coś, co zrobiłeś naprawdę do kogoś trafi, poruszy i zostawi jakiś emocjonalny ślad. Takie jest według mnie zadanie sztuki jako takiej. Jeśli moim utworom udaje się wywołać taki efekt, czuję się spełniona artystycznie.

Muzyka Ols to folk, ale nie wiejski folklor, mnie kojarzący się z pijanymi góralami. Zgaduję, że nie po drodze Ci z takim ludycznym wesołkowatym folkiem, a może Cię taki wkurza aniżeli jest jakąś inspiracją.

Jak mówiłam, z folkiem jako takim w ogóle mi nie po drodze. Ani mnie on nie wkurza, ani nie inspiruje, bo go zwyczajnie nie słucham. Mam zupełnie inne źródła muzycznych inspiracji. Źródeł irytacji nie posiadam, bo jeśli jakaś muzyka mnie denerwuje, nie widzę celu w masochistycznym katowaniu się nią. Jeśli przypadkiem trafię na coś, co mi się nie podoba, przełączam.

Ols to Ty. Myślisz, że mogłabyś funkcjonować w zespole?

Od początku założyłam, że Ols ma być projektem jednoosobowym. Chciałam stworzyć coś totalnie osobistego. W tej koncepcji nie było miejsca na dodatkowych członków zespołu. Jeśli nagle poszerzyłabym skład, powstałby zupełnie inny projekt. Gdybym od początku zakładała stworzenie zespołu, mój stosunek do muzyki na pewno różniłby się od tego, jaki prezentuję obecnie. Z pewnością zabrakłoby w nim tego bardzo intymnego związku z twórczością, jaki czuję, robiąc Ols. Ols jest tylko mój, więc mówię o sobie i swoich emocjach, ze swojej perspektywy, używając środków przekazu, które mi osobiście najbardziej pasują. Gdybym współpracowała z innymi ludźmi, na pewno braliby oni udział w procesie twórczym, a w muzyce i tekstach znalazłyby się dodatkowe elementy pochodzące od innych członków zespołu. Nawet gdybym była odpowiedzialna za komponowanie i pisanie tekstów, to nie dałoby się uniknąć wpływu pozostałych osób. Nie mówię, że to gorzej – wiem, że w wielu przypadkach takie wzajemnie inspirowanie się sprawia, że można osiągnąć ciekawsze rezultaty, ale nie tego chciałam w Olsie. Masz rację, jakkolwiek patetycznie to brzmi, Ols to ja i nic tego nie zmieni. Jeśli będę chciała pograć z grupą muzyków, to nie pod tym szyldem.

ols neofolk

Często zastanawiam się nad popularnością klimatycznego folku wśród fanów ciężkiej muzyki. Na przykład Wardruna Einara Selvika, grającego przecież wcześniej w Gorgoroth, od paru lat święci triumfy. Jak sądzisz, skąd taki efekt? Po prostu fani metalu zazwyczaj mają szerokie horyzonty w tej kwestii czy może chodzi o coś innego?

Wbrew pozorom folk jest muzyką bliską metalowi, tylko podaną w delikatniejszej formie. Klimat, zaangażowanie emocjonalne, autentyczność przekazu – więcej łączy te gatunki niż je dzieli.  W metalu bardzo liczy się „prawdziwość”, a trudno o coś bardziej prawdziwego niż autentyczne tradycyjne melodie, które położyły podwaliny pod całą współczesną muzykę. O jakimkolwiek gatunku mówimy – gdy cofniemy się wystarczająco daleko, zawsze trafimy do tych samych źródeł. Einar nie był też pierwszy, od razu przychodzą mi do głowy Garmarna czy Hedningarna, które też przecież pozostawały w kręgu zainteresowań szeroko pojętego grona słuchaczy ciężkiej muzyki. Ludzie słuchający metalu to zwykle osoby potrafiące docenić dobrą muzykę również innych gatunków. Minęły już czasy, gdy będąc metalowcem mogłeś słuchać tylko metalu, bo inaczej przestawałeś być trve. Ludzie są teraz bardziej otwarci na inne brzmienia, a i folk zaczął być wreszcie podawany w formie, która nie trąci cepelią. Pojawiły się projekty, które pokazały, że poza „pijanymi góralami”, o których mówiłeś, folk posiada ciemne, tajemnicze rejony, w których można znaleźć rzeczy niejednokrotnie bardziej przejmujące, mroczne i bolesne niż na najbardziej agresywnym metalowym albumie.

A poza folkiem słuchasz muzyki metalowej? Poleciłabyś mi i czytelnikom coś, co ostatnio odkryłaś?

W ciągu ostatnich kilku lat poza wspomnianą wyżej Wardruną i innymi projektami Selvika bardzo rzadko zdarzało mi się sięgnąć po cokolwiek z łatką folk. Rzeczy z kategorii neofolk trochę częściej znajdują się na moich playlistach, ale też nie tworzą jakiejś znaczącej ich części. Tu pragnę pokreślić, że neofolk, wbrew powszechnej opinii, to nie jest folklor grany na nowocześniejszą modłę, tylko osobny gatunek. Postaw obok siebie folkową kapelę z ludowymi instrumentami i Current 93. Z atmosferycznych klimatów neofolkowych najczęściej słucham bandów w stylu Of the Wand and The Moon, Tenhi czy Nest. W muzyce najbardziej liczy się dla mnie klimat, a szufladka gatunkowa nie jest szczególnie ważna, tak się jednak składa, że na moich playlistach od zawsze dominuje metal. Pewnie właśnie dlatego, że tu najłatwiej odnaleźć tę atmosferę, której poszukuję w muzyce – tę ciemną melancholię pełną autentycznych, intensywnych emocji.
Jeśli chodzi o nowości, to z bólem przyznaję, że w ostatnich miesiącach nie odkryłam niczego, co urwałoby mi głowę. Jest w tym sporo mojej winy, bo ostatnio częściej pozostaję w bezpiecznych rejonach muzyki, którą już znam i rzadko sięgam po nieznane mi wcześniej zespoły. Z rzeczy, które wyszły niedawno, spodobał mi się najnowszy Malokarpatan. Nowe Ulcerate też jest godne uwagi. Jednak ostatnie wydawnictwo, które naprawdę coś mi zrobiło, to GastiRGhosts Invited projektu Gaahls Wyrd, które ukazało się już prawie rok temu. Ta płyta rzeczywiście została mi w głowie i słychać to na „Widmach”, jeśli wiesz, gdzie szukać.

Twoja muzyka i teksty są bardzo mocno inspirowane naturą. Czy interesujesz się głównie rodzimym folklorem czy także tym z innych krajów?

Pod „inspiracją naturą” podpisuję się obiema rękami, pod „folklorem” – nie. Tak naprawdę jedynym elementem wziętym dosłownie z muzyki tradycyjnej były 3 dźwięki ze średniowiecznej pieśni o chmielu dwie płyty temu. Później nie było już niczego takiego. Muzycznie moje inspiracje leżą zupełnie gdzie indziej. W pewnym sensie interesuję się folklorem, bo tam znajdują się korzenie wszystkiego, co ukształtowało naszą kulturę  i wszelkie współczesne gatunki sztuki. Lubię czytać stare podania, cieszy mnie też poznawanie naukowych opracowań na temat etnografii, dawnych wierzeń, tradycji i sztuki. Dzięki temu można lepiej zrozumieć samego siebie – nie jesteśmy tak oderwani od przeszłości jak mogłoby się nam wydawać. Jeśli spojrzymy na naszą własną wyobraźnię, z perspektywy wiedzy o tym, co było przed nami, nagle okazuje się, że mnóstwo obrazów, które mamy w głowie, schematów, którymi myślimy, jakichś intuicyjnych przeświadczeń bierze się w prostej linii z dawnych przesądów, z utrwalonych tradycją przekonań, z ludowych mądrości powtarzanych w najstarszych europejskich baśniach. Pod tym względem folklor jest fascynujący. Nie odczuwam jednak najmniejszej potrzeby, by go rekonstruować. Ja widzę kulturę jako coś żywego, ewoluującego. Nie ma tu miejsca na anachronizmy. Żyjemy tu i teraz i tworzymy własny kawałek historii i własną sztukę – dobrze mieć świadomość, że stoi za nią tradycja wielu wieków, ale to, co tworzymy dzisiaj nie powinno być kopią tego, co było. Oryginalność to coś, co wyróżnia sztukę od odtwórstwa.

W Twojej muzyce jest sporo „dźwięków” lasu. To prawdziwe odgłosy, na przykład zarejestrowane wtedy kiedy wybierasz się na górską wędrówkę lub leśny spacer?

Muszę Cię rozczarować – większość z tych sampli to darmowe pliki z pewnego forum, gdzie ludzie wymieniają się próbkami dźwięków. Nie mam wystarczająco dobrego sprzętu, żeby nagrywać coś takiego samodzielnie. Spróbuj nagrać dźwięki lasu na telefon i zobaczysz, o czym mówię (śmiech).

ols neofolk

Krążąc wokół tematyki „naszego” folkloru, przypomina mi się, że do utworu Chmielna z debiutanckiej płyty Ols pewien motyw został zaczerpnięty z prastarej pieśni z czasów przedchrześcijańskich. Powiedz mi jak Ci się udaje dojść do tak starych materiałów?

Zaczynam żałować, że w ogóle to zrobiłam, bo przez to będę do końca życia tłumaczyć się, że nie jestem rekonstruktorem słowiańskiego folkloru, a to były jedyne trzy dźwięki w historii Olsa, które rzeczywiście były zaczerpnięte z tradycyjnej muzyki. Akurat pieśń „O Chmielu” jest powszechnie znana i szeroko dostępna. Chyba nawet uczy się o niej na muzyce w podstawówce, więc nie było tu mowy o żadnych szczególnych poszukiwaniach. Postanowiłam wykorzystać motyw z tej pieśni, bo kiedyś usłyszałam ciekawą teorię na temat tych trzech dźwięków, które przeniosłam do swojej piosenki. Podobno te trzy powtarzające się dźwięki (taka sekwencja pojawia się również w innych starych pieśniach ludowych z całej Europy) to „magiczny motyw”, melodia, która ma moc odstraszania złych mocy i powtarzana jak mantra miała trzymać z daleka od śpiewającej osoby wszelkie mogące jej zagrozić demony. Nie mogę sobie przypomnieć, kto mi to powiedział i nie znam źródła tej teorii, więc może być zupełnie nieprawdziwa, niemniej na tyle ciekawa, że została mi w głowie. A muzycznie „magiczny motyw”, nie ważne, czy naprawdę jest „magiczny” czy nie, również jest bardzo interesujący – to nie jest sekwencja pochodząca z używanych obecnie skali, więc słysząc ją od razu przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości.
Trzy dźwięki w „Chmielnej” to był jednorazowy romans z folklorem w czystej postaci i nie zamierzam już więcej powtarzać takich zabiegów.

A oprócz coverów zespołów Katatonia i Agalloch jakie jeszcze utwory metalowych zespołów chciałabyś przerobić na folkową modłę?

Chyba już żadnych (śmiech). Nagrałam te dwa covery, bo wtedy jeszcze nie czułam się wystarczająco pewnie i potrzebowałam czegoś znanego i wielokrotnie przeze mnie prześpiewanego, żeby przełamać opory i zacząć nagrywać własne utwory. Te kawałki nagrałam jako pierwsze, to był mój studyjny debiut. Zostawiłam je na płycie, bo gdyby nie one, nie byłoby całej reszty. To był taki ukłon w stronę artystów, którzy pomogli mi odważyć się zacząć tworzyć coś własnego. Agalloch to najważniejszy dla mnie zespół w ogóle, a Katatonia to moja młodzieńcza miłość. Oba te zespoły dużo dla mnie znaczą i inspiracje ich utworami można znaleźć w wielu olsowych kawałkach. Na „Widmach” też znajdziecie ślady obu, choć Agallocha jest tam zdecydowanie więcej.

Mówi się, że piękno leży w prostocie i symetrii. Jednak Twoja muzyka pomimo tej cechy wyróżnia się całkiem bogatym instrumentarium. Powiedz proszę, ilu instrumentów użyłaś do nagrywania albumu.

Na „Widmach” gra sopiłka (ukraiński flet prosty), flet poprzeczny, flet alikwotowy, gitara akustyczna, gitara elektryczna, tagelharpa, pianino, keyboard, didgeridoo, bębny ramowe w różnych rozmiarach, drumla, berimbau, bullroarer. Do tego jest sporo drobnicy perkusyjnej – grzechotki, tamburyny, marakasy, trójkąty, dzwonki i inne. Pojawiają się też mocno niemuzyczne przedmioty, jak garnki, miotły itd. Szczerze – nie pamiętam wszystkich, musiałabym przejrzeć swoje spisy rzeczy do wzięcia do studia.

Czy któryś z nich zbudowałaś od zera? Tak jak chociażby Einar z Wardruna.

Do Selvika jeszcze duuużo mi brakuje. On robi skomplikowane instrumenty, ja na razie próbowałam swoich sił tylko w tych najprostszych. Jeśli chodzi o instrumenty zrobione ręcznie, to na płycie można usłyszeć berimbau, czyli łuk muzyczny z „pudłem rezonansowym” z tykwy, grzechotkę z kości i dzwonki zrobione z rurek z Castoramy. W mieszkaniu w bloku trudno zorganizować warsztat, więc zamierzam zacząć eksperymentować z wytwórstwem ciekawszych instrumentów, gdy będę miała do tego odpowiednie warunki.

Grasz na wszystkich instrumentach na płycie.  Czy masz wykształcenie muzyczne, które pozwala Ci z łatwością opanować nowe narzędzie do tworzenia muzyki?

Mam za sobą szkołę muzyczną w klasie fletu poprzecznego, uczyłam się też grać na fortepianie. Dlatego na początku swojej drogi skupiłam się właśnie na fletach i na klawiszach. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że żeby używać jakiegoś instrumentu nie musisz być żadnym wirtuozem i wystarczy, jeśli jesteś w stanie wydać z czegoś kilka sensownych dźwięków. Poszerzyłam instrumentarium o dodatkowe instrumenty dęte, gitary, ostatnio o tagelharpę. Moje umiejętności gry na nich nie zapewniłyby mi miejsca w konkursie młodych talentów, ale na olsowe potrzeby są zupełnie wystarczające. Lubię kupować nowe instrumenty i uczyć się na nich grać. Myślę, że z czasem mogę stworzyć całkiem pokaźną kolekcję.

ols neofolk

Do jak odległych zakątków świata dotarłaś ze swoją muzyką? Mam na myśli mówiące o tym statystyki Facebooka jak i to w jakie rejony globu wysyłałaś płyty CD.

Nie wiem, jak do tego doszło, ale mam sporo słuchaczy w Ameryce Południowej. Trochę moich płyt pojechało do Brazylii czy Argentyny. Nie wiem, jak moja muzyka tam dotarła, ale zdaje się, że trafiła na dobry dla siebie moment. W tym momencie w Ameryce Południowej panuje chyba jakaś moda na europejskość i projekty tworzone w językach narodowych innych niż angielski, związane z europejską przyrodą i kulturą są tam bardzo doceniane. W tamtych rejonach podejście do muzyki i „bycia fanem” też jest inne niż u nas. To coś dużo ważniejszego – nie bez przyczyny na każdym europejskim festiwalu widzi się grupy ludzi z Ameryki Południowej, którzy podróżowali przez pół świata i wydali ciężkie pieniądze, żeby zobaczyć ulubiony zespół grający na żywo. To pozwala mi myśleć, że jeśli zdobyłam tam jakichś fanów, to raczej zostaną ze mną na dłużej.

Dawno, dawno temu malowałaś koszulki. Nie myślałaś aby teraz, kiedy jesteś bardziej rozpoznawalną artystką, wypuścić jakiś limitowany merch? Widziałaś może prace Katarzyny Urbanek (Lunaris Art), która wykonuje limitowane do jednej sztuki unikatowe koszulki?

Chyba właśnie podpowiedziałeś mi świetny plan na biznes!  Nie znam prac Katarzyny, ale wykonywanie jednej, unikatowej sztuki i i sprzedawanie jej jako artefaktu jedynego w swoim rodzaju to doskonały pomysł. Malowałam i sprzedawałam koszulki w czasach studenckich – ratowałam tak mój szczupły budżet. Później nie miałam już takiej potrzeby, więc zwinęłam interes.Teraz, gdy to powiedziałeś, pomyślałam, że właściwie można by to było połączyć z Olsem i stworzyć jakiś ręcznie robiony oryginalny merch w limitowanych ilościach. Obiecuję, że to przemyślę.

Czy muzyka, jaką tworzysz przez tych kilka lat zmieniła Ciebie jako osobę czy wręcz odwrotnie – to co się działo w życiu nadawało odpowiedni charakter muzyce Ols?

Muzyka, którą tworzę wynika z tego, co przeżywam, więc raczej to drugie. Jednak sam fakt, że tworzę ten projekt w pewnym stopniu wpływa na moje życie. Przede wszystkim lepiej się ze sobą czuję, nie będąc normalną dorosłą osobą, która zajmuje się tylko karierą zawodową a po pracy ogląda seriale na Netflixie. Gdy teraz z okazji kwarantanny siedzę w dresie przed kompem i oglądam siódmy z rzędu serial, mogę zawsze spojrzeć na pudełko z płytami i pomyśleć, że przecież nie jestem zwykłym nudziarzem tylko wypoczywającym artystą 😉 Ols daje mi też jakąś pożywkę intelektualną. Już teraz zastanawiam się nad tym, co zrobić na kolejnym materiale, aktywnie szukam inspiracji, uważniej obserwuję świat wokół, wybierając z rzeczywistości interesujące elementy, które mogą mi się przydać. Zbierając motywy na kolejną płytę zapisuję też sporo oderwanych myśli, spostrzeżeń, które inaczej by mi uciekły. Dzięki Olsowi jestem bardziej zaangażowana w życie jako takie. Tak sądzę.

Wydałaś trzy pełne płyty i zgromadziłaś niemałą rzeszę fanów. Zapewne niejeden z nich chciałby posłuchać Twojej muzyki na żywo. Co Ty na to? Jak się zapatrujesz na opcję skompletowania składu, aby takowe koncerty grać?

Projekt od początku był pomyślany jako jednoosobowe przedsięwzięcie, muzyka jest napisana pod pracę w studiu. Żeby wykonać ją na żywo, trzeba by było wszystko mocno przearanżować. Aby zorganizować koncert, musiałabym zebrać całkiem pokaźny zespół, a wcale nie tęsknię  za pracą z ludźmi. Dobrze mi samej w studiu, gdzie mam nad wszystkim kontrolę i nie muszę się nikim przejmować. W dającej się przewidzieć przyszłości nie widzę się na scenie.

Tworząc muzykę na trzeci album, zebrałaś już niemało doświadczenia w tej materii. Czy proces kompozycyjny, jak i nagrywanie w studiu były zdecydowanie łatwiejsze niż w przeszłości?

Zdecydowanie! Pamiętam, jak bardzo byłam spięta i zestresowana za pierwszym razem. Realizator też nie do końca wiedział, co właściwie chcę osiągnąć, bo raczej nie był przyzwyczajony do nagrywania takiej muzyki. Teraz oboje czujemy się ze sobą komfortowo. Ja niczego się nie boję, improwizuję, dodaję spontanicznie jakieś elementy podczas nagrywania, a Piotr „Armia” Pietrzak, który od początku nagrywa moje płyty, rozumie mnie bez słów i od razu wie, czego od niego oczekuję. Przyzwyczaił się do sposobu, w jaki opowiadam mu o kawałkach, które będziemy nagrywać i z łatwością orientuje się w moich, często karkołomnych, wizjach. Gdy przypominam sobie nasze początki, bardzo mnie to bawi. Pamiętam, jak rozrysowywałam mu poszczególne ścieżki kolorowymi kredkami, żeby móc się z nim łatwo komunikować zza szybki. Te wszystkie „puść mi od tego jak wchodzi różowy i jest raz, dwa, trzy i odpalamy zielony w kropki” zostaną mi w głowie na zawsze. Teraz nawet nie robimy notatek. Jest flow! Jedyne, nad czym musimy jeszcze popracować, to zamiłowanie Piotrka do ściszania mi bębnów. Poza pracą w studiu Piotr jest perkusistą i zawsze skupia się na bębnach, gdy słuchamy miksów. Oczywiście zawsze ostatecznie stawiam na swoim, ale spory o głośność bębna to u nas klasyka.

Trzeci album udało Ci się wydać z pomocą uznanej wytwórni Pagan Records. Powiedz, czy długo namawiałaś Tomka Krajewskiego na wydanie tak nie-metalowego materiału? Od razu się zakochał w Twojej muzyce?

Nie wiem, czy się zakochał, na pewno jednak spodobał mu się ten materiał. W ogóle go nie namawiałam. To była szybka akcja. Dostałam numer do Tomka od znajomego, zadzwoniłam i powiedziałam, że mam nowy materiał i byłoby mi miło, gdyby przesłuchał demówkę. Po kilku dniach dostałam telefon zwrotny z propozycją współpracy. Nie była to specjalnie fascynująca historia.

old widma pagan records

Czy myślałaś nad wydaniem czy to nowego, czy też poprzednich albumów na winylowym nośniku?

To już nie zależy ode mnie. Z oczywistych względów nie wypuszczę winyla własnym sumptem, więc decyzja należy do Pagan Records. Niestety premiera „Widm” wypadła w nieszczególnie korzystnym momencie. Sprzedaż płyt w ogóle nie wygląda teraz najlepiej, więc nie wiem, czy w najbliższym czasie Tomek Krajewski będzie chciał wyłożyć pieniądze na coś, co może nie przynieść zysku, a na pewno będzie kosztowne. COVID19 trochę pokrzyżował nam wszystkim plany na najbliższą przyszłość. Jeśli o mnie chodzi, to nie będę kłamać – nie mam gramofonu i polegam na CDkach i mp3kach. Może kiedyś kupię sobie hipsterski sprzęt i będę słuchać winyli przy kominku, popijając wino, ale na razie nie mam na to miejsca w moim mikromieszkanku. Nie uważam, żeby dyskredytowało mnie to jako konesera muzyki.

ols olsolsz mszarnaols widma

Album Widma jest wydawnictwem koncepcyjnym, skupiającym się wokół jesieni i zimy, które to przedkładasz w lirykach na życie człowieka, czyli starość a następnie śmierć. Czy jakieś szczególne sytuacje z życia wzięte wpłynęły na Ciebie, aby podjąć się takiej tematyki?

Po „Mszarnej”, która zasadniczo miała dość letni klimat, miałam ochotę zrobić coś mroczniejszego, bardziej jesiennego, związanego z listopadowym obumieraniem przyrody przed nadejściem zimy. Listopad zawsze kojarzył mi się ze starością i oczekiwaniem śmierci. Każdej jesieni nastrajam się na mocniejsze odbieranie świata wokół i w pewnym sensie myślami wpółuczestniczę w jego umieraniu. Wtedy naprawdę czuję, że bezpośrednio mnie to dotyczy, a będzie dotyczyło jeszcze bardziej. Że o ile przez ileś kolejnych lat będę tylko współczującym obserwatorem, to któregoś razu to będzie też moja starość i moje czekanie na śmierć, z całą mroczną otoczką listopadowej ciemności, ciszy opustoszałych lasów, absolutnej samotności w świecie własnych ciemnych myśli. Nie bez znaczenia jest też fakt, że urodziłam się w późnym listopadzie i dla mnie zawsze celebrowanie kolejnej rocznicy narodzin odbywa się na tle umierającej przyrody. To niewątpliwie wpływa na mój odbiór samej siebie i sprawia, że w kontekście własnych urodzin zawsze musiałam mieć świadomość nieuchronności śmierci. Nie było żadnej szczególnej sytuacji która skłoniła mnie do podjęcia właśnie tego tematu na „Widmach”. To zagadnienie od zawsze było dla mnie istotne, czekało po prostu na moment, gdy będę wiedziała, jak je odpowiednio zilustrować. Jestem przekonana, że jeszcze nie raz motyw listopadowych ciemności pojawi się na moich nagraniach.

Nowy album pojawił się niemal równe dwa lata po płycie Mszarna, czy to zbieg okoliczności, czy stoi za tym jakiś inny powód?

Czysty zbieg okoliczności. Byłam przekonana, że uda mi się wypuścić kolejny album wcześniej, ale prace nad „Widmami” z różnych przyczyn mocno się przeciągnęły. Materiał był całkowicie zamknięty na początku lutego, a Pagan Records miał pierwszy wolny termin na drugą połowę kwietnia. Ot, i cała historia.

Jeśli chodzi o tworzenie muzyki, pozostały Ci jakieś pomysły i patenty, których nie udało Ci się zastosować? Coś, co chciałabyś w przyszłości zrobić w Ols?

Oczywiście. Za każdym razem zostają mi jakieś niewykorzystane „ścinki”, zalążki pomysłów, których nie rozwinęłam, albo które nie pasowały do koncepcji konkretnego albumu. Teraz też mam ich trochę i pewnie dla części z nich znajdzie się miejsce na kolejnym materiale. Na razie jeszcze nie zaczęłam na poważnie nad nim pracować i póki co mam kilka ogólnych koncepcji dotyczących tematyki, strzępki tekstów, trochę muzycznych motywów, które powoli zaczynają się sklejać w jakieś większe całości. Czekam, aż we mnie dojrzeją. Na pewno będę chciała trochę poeksperymentować na kolejnej płycie. Dorzucić brzmienia, których wcześniej nie było, połączyć elementy z zupełnie różnych stylów. Na razie wizje tego, jak miałoby to wyglądać są dość mgliste, ale gdy myślę o nowej płycie przychodzi mi do głowy bardziej ostatni materiał Lux Occulta niż Clannad. Oczywiście dalej będzie melodyjnie, wciąż podstawą kompozycji zostaną wielogłosy, bo po prostu je lubię i są już chyba jakimś znakiem rozpoznawczym mojego projektu, ale chciałabym zrobić coś jeszcze dziwniejszego niż do tej pory. Tak, żeby recenzenci musieli się jeszcze bardziej namęczyć próbując wrzucić Ols do jakiejś konkretnej szufladki.

Na koniec jeszcze jedna nurtująca mnie kwestia. W utworze Ukojenie na płycie Widma, Jakub z zespołu Jarun dograł świetną partię gitary elektrycznej. Czy nie myślałaś może, aby w większym stopniu w ten sposób ubogacać brzmienie kompozycji?

Twój redakcyjny kolega odpowiedzialny za recenzję „Widm nazwał tę solówkę „jedynym potknięciem na płycie, które rozbija klimat straszliwie”. Osobiście uważam, że solo na gitarze doskonale tam pasuje i właśnie robi mega klimat. Ten kawałek jest bardzo dramatyczny, a w tym punkcie napięcie osiąga apogeum i aż prosiło się, by zilustrować to niespodziewanym wejściem elektryka.
Mam poczucie, że ludzie lubią myśleć schematami, i gdy raz już wrzucili mnie do woreczka z melodyjną delikatnością, nie są w stanie zrozumieć, że mogę się nie zgadzać z tym zaszufladkowaniem i że mam prawo wyjść poza ramy danej kategorii. A Ols cały taki jest. Solówka na elektryku to nie jedyny fragment gdy „delikatność” to ostatnie słowo, jakim da się tę muzykę opisać. To też nie jedyna partia gitary elektrycznej na „Widmach”. Jest ich wbrew pozorom całkiem sporo, z tym, że całą resztę gitar gram ja i są to w większości rytmiczne fragmenty, nie solówki – jeśli nawet ich nie zauważyłeś, to zakładam, że nie zniszczyły rytualnego klimatu całości.
To, że Kuba pojawia się w jednym kawałku na płycie to już tradycja. Na pierwszym albumie podgrywał mi w „Wodzie”, na drugim gościnnie zagrał w „Zimowej”. Zapraszam go do współpracy, bo jest najważniejszą dla mnie osobą, a że Ols mówi o moich emocjach, wydaje się naturalnym, by pojawiał się tam człowiek, do którego kieruję najmocniejsze uczucia. Wciąż jednak podstawą projektu pozostaje jego „jednoosobowość”, dlatego gościnne partie zawsze mają wyznaczone konkretne, ograniczone miejsce i nie planuję, by było ich więcej.
Gitara elektryczna z pewnością pojawi się na kolejnym albumie. Mam już kilka pomysłów na jej wykorzystanie. W większości będą to pewnie klimatyczne, rytmiczne partie w tle, ale jeśli uznam, że przyda się tam solo, to będzie solo. Może nie wszyscy rozumieją moje wizje utworów, ale wszystkie partie, które się w nich pojawiają są tam z jakiejś przyczyny i dla mnie mają sens.
Przy okazji – nikt się jeszcze nie czepiał, że w intrze użyłam m.in. hałasów i sygnałów odjeżdżającego pociągu, a w „Drzewa dawno zmarły”  i w tłach „Staruchy” wydaję z siebie regularny growl. Jeśli zdaniem odbiorców to pasuje do szufladki delikatnej leśnej folk-wróżki, a gitara elektryczna już nie, to przysięgam, że nie rozumiem, jak te kategorie w ogóle wyglądają.

Jaka aura czy też pora roku sprzyja Twojej aktywności twórczej, a kiedy odpoczywasz?

Ciepłe miesiące to czas, gdy zbieram pomysły. Wtedy dookoła pojawiają się tysiące bodźców, kolorów, smaków, zapachów. Zwykle latem częściej mam okazję gdzieś powędrować, spędzić czas na łonie natury, pogrążyć się we własnych myślach i być bliżej tego, co dla mnie najważniejsze. Nasycam się wtedy tym wszystkim i nie mam czasu ani ochoty, by przetwarzać to na muzykę czy teksty. Lato to dla mnie czas, by skupić się na przeżywaniu życia, a nie to życie opisywać. Gdy lasy i łąki powoli cichną, a ludzie zamykają się w domach, można zacząć katalogować wrażenia, które się zebrało i twórczo je przetwarzać. Latem najczęściej pojawiają mi się w mózgu pierwsze strzępki melodii czy tekstów, ale nie dotykam ich i zostawiam w szkicowej formie, by dojrzały jesienią. Mój mózg funkcjonuje zgodnie z cyklami przyrody. Oczywiście ważny jest też prosty fakt, że spędzając paskudny listopadowy dzień w studiu tracę mniej niż zamykając się tam w piękny lipcowy weekend. Nie będę mówić, że nie.

Dwa lata temu wzięłaś udział w Spowiedzi Artysty na KVLT.pl i powiedziałaś, że gdyby nie muzyka, to poważnie zabrałabyś się za pisanie. Co byś chciała napisać – mroczny thriller czy lekką powieść, a może poezję?

Zawsze była we mnie ogromna potrzeba kreacji, która na różnych etapach przejawiała się w różny sposób. Ostatnio skupiam się głównie na muzyce i teraz jeśli coś piszę, to zazwyczaj są to teksty na Ols. Wcześniej jednak to był mój podstawowy środek artystycznej ekspresji i mam nawet na koncie wydane tomiki poetyckie. Być może można je jeszcze znaleźć w jakichś magazynach krakowskiego wydawnictwa Miniatura. Próbowałam też pisać powieści, ale lekkie to one nie były. Może to dobrze, że nigdy nie ukazały się drukiem. Nie wiem, co pisałabym teraz, gdybym do tego wróciła. Pewnie jakieś smutne, spokojne opowiadania z nutką poetyckiej melancholii, coś jak Tove Jansson w książkach „Lato” czy „Córka rzeźbiarza”.

Twoim marzeniem ponoć od zawsze była ucieczka do lasu, wiem, że kupiłaś ziemię pod budowę domu. Oprócz tego, co jest Twoim największym marzeniem?

Ziemia pod budowę domu” to trochę za mało powiedziane jak na ponad 1,5 ha górskiego zbocza z wielką łąką, lasem, kawałkiem własnego strumyka i bagnem. Zanim w ogóle zacznę myśleć o domu, trzeba część tego terenu doprowadzić do stanu używalności – większość zostanie dzika, a nawet trochę ją „udziczę” poszerzając naturalne zadrzewienia, ale kawałek pod dom wymaga innego podejścia. Na razie zamiast standardowych prac budowlanych toczy się tam walka z użyciem siekiery, maczety i piły. Nie narzekam jednak, bo w końcu mam miejsce, w którym naprawdę mogę oddychać. Gdy przed ostatnią burzą słuchałam groźnego, niskiego pomruku przetaczającego się przez jodłowy bór ciągnący się od mojej działki aż na Słowację i Ukrainę, poczułam, że to jest miejsce, w którym naprawdę znajdę to, czego szukam. Myślę, że przeniesienie się na tam na stałe jeszcze przez jakiś czas pozostanie numerem jeden na mojej liście marzeń. A na kolejnych kilkadziesiąt lat wystarczą marzenia o kolejnych elementach, które chciałabym stworzyć w tym miejscu. Jeśli chodzi o „karierę” nie mam żadnych szczególnych pragnień. Zamierzam dalej robić swoje, bawić się muzyką i odkrywać nowe artystyczne terytoria. Behemothem nie zostanę, więc jeśli będę mogła w spokoju nagrywać kolejne płyty, a ktoś zechce je wydać i ich posłuchać, będę zadowolona. Nie potrzeba mi więcej.

ols neofolk

zdjęcia: archiwum prywatne artystki, Ols Facebook, Wikipedia

 

Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .