Bedowyn „Blood of the Fall” (2016)

Zaczyna się od wiatru. I riffu, który brzmi jakby napisał go Leif Edling. I trzeba uczciwie przyznać, że na kapelę, która firmuje się pojęciami „stoner” i „doom”, to porządna rekomendacja. Nie obawiajcie się jednak – Blood of the Fall pozbywa się ducha Candlemass już chwilę później, kiedy zaczyna się Rite to Kill. Wtedy poznajemy prawdziwe oblicze Bedowyn, zaskoczenia z Północnej Karoliny.
Raleigh, wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Łagodne zimy, gorące lata. Czasami susza, czasami huragan, czasami tornado. Ponad 400 tysięcy ludzi w średnim jak na amerykańskie standardy mieście. 3 razy więcej niż w leżącym nad oceanem w tym samym stanie Wilmington. Z Raleigh do Wilmington jest niecałe 200 kilometrów. W 2001 roku w Wilmington powstał kwartet ASG, którego ostatnim długograjem Blood Drive zasłuchuję się od trzech lat. Kwartet Bedowyn powstał zaś 10 lat później, w Raleigh. Pomiędzy ASG i Bedowyn jest sporo podobieństw.
Kiedy tylko w Rite to Kill z debiutanckiego długograja Bedowyn zatytułowanego Blood of the Fall kończy się ten pierwszy edlingowy riff, zaczynam odbierać kolejne znajome komunikaty. Tak brzmi mroczniejsza wersja ASG, nieco bardziej doomowa, nieco bardziej przemieszana z klasycznymi przebiegami na dwie gitary, które czasami przypominają nawet Grand Magus. Ale melodyka jest tu taka sama. Gdyby nie inny głos wokalisty miałbym pewnie problem z określeniem, który zespół skomponował I Am the Flood albo Leave the Living for Dead. Brzmienie jest bardzo podobne. Choć Bedowyn czasami napędza się podwójną stopa i tempem, na jakie ASG pewnie nigdy by się nie zdobyli, to w riffach i melodiach czuć takie samo pomieszanie duchoty, napięcia i specyficznego luzu, wyjebania, które przychodzi kiedy dedlajny sypią ci się z kalendarza, wierzyciele walą do drzwi, a ty w desperacji zaczynasz mieć wszystko w dupie. A kiedy Bedowyn zwalniają, głos wokalisty nagle roznosi po pomieszczeniu jak smak po kubeczkach smakowych, dokładnie jak w przypadku Jasona Shi, kiedy śpiewa „Caress me gently, I’m on fire”.
Może tak właśnie brzmi Północna Karolina?
Bedowyn i ASG są to siebie tak samo podobni, jak różni. Bedowyn są agresywniejsi, korzystają z większej liczby środków. Alex Traboulsi nie boi się wejść chwilami w blackmetalowy growl. Choć słuchałem tej płyty już co najmniej kilkanaście razy wciąż dziwię się, że Bedowyn są w stanie rozpłynąć się w dźwiękach niczym Baroness (Where Wings Will Burn), podeptać pięty Mastodon (Blood of the Fall), rozpędzić się do heavymetalowych temp (Lord of the Suffering) i wrócić na koniec do posępnych i posuwistych doomowych zginaczy karku (The Horde (Exodus)). A wszystko to przeplatają jeszcze intrygującymi refrenami, w których unosi się duch lat 90-tych.
Blood of the Fall Bedowyn będzie smakowitym kąskiem dla tych, którzy oczekują dusznego stoner/doomu, w którym mieszają się wpływy Pentagram, Orange Goblin, Trouble i Alabama Thunderpussy. Dla tych, którzy kilkanaście lat temu pokochali swoimi brudnymi serduchami Down, Corrosion of Conformity z Pepperem, płytka powinna być jak znalazł. Ja się bawiłem przednio. Ale ja uwielbiam ASG…

 

9/10

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , .