Insane Therapy – „Fracture” (2017)

Dotychczas, włoską scenę deathcore’ową traktowałem niczym tradycyjną architekturę Sudanu Południowego: niby można przypuszczać, że coś takiego istnieje, ale poza tubylcami nikt nie zawraca sobie nią głowy. Los jednak chciał, bym zadeklarował się napisać parę(set) słów na temat zupełnie nieznanego mi wcześniej Insane Therapy. Przedstawiciela wspomnianej niszy.

Fracture jest drugim pełnograjem pizzorobów. Został wydany samodzielnie przez zespół, a składa się na niego dziewięć numerów trwających trzydzieści pięć minut. Wedle notki promocyjnej, poza deathcorem, jako podstawą, zespół wrzucił na krążek dużo smaczków deathmetalowych i hardcore’owych. I z tym opisem trafili w punkt.

Płyty słuchało mi się bardzo przyjemnie. Nie jest może wybitnie oryginalna, zaskakująca czy też niepowtarzalna, niemniej to kawał bujającej jatki, dodatkowo doprawionej tak, by słuchacz nie był znudzony. Tego ostatniego, co prawda, nie udało się do końca osiągnąć, gdyż pod koniec Fracture numery stają się zbyt podobne, ale to niewielka wada. Rekompensuje ją ogromny ładunek breakdownów i riffów taneczno-groove’owych. Co zresztą słychać od pierwszych nut. Otwierający krążek Walking Dead Men dobrze obrazuje, z czym słuchacz będzie miał do czynienia. Znajdujące się dalej Take It All, Show Me What You Got tylko to potwierdzają, a już No Illusions kosi wyjątkowo. Ale na Fracture znajdą się też numery skoncentrowane bardziej na melodiach, choć skojarzenie z metalcorem byłoby błędem. Tutaj można podpisać United We Stand (breakdown około drugiej minuty wymiata) czy utwór tytułowy. Poza tym często trafiają się elementy death metalu, zarówno blastującego dupska prędkością, jak i tego bardziej slammującego (Regression). Dzięki temu Insane Therapy ma jeszcze więcej mocy i agresji, choć to drugie jest raczej efektem elementów wyciągniętych z hardcore’u. Pojawienie się ich na wspomnianych Show Me What You Got i No Illusions buja słuchaczem niesłychanie.

Podoba mi się też sposób, w jaki Fracture została nagrana. Niby brzmi deathcore’owo, niemniej posiada więcej metalowego mięsa, nie uświadczyłem też częstego w gatunku rozstrzału na tony wysokie i niskie. Perkusja osobiście zupełnie mi nie przeszkadzała, choć muszę przyznać, że brzmi troszkę zbyt sterylnie. Wypada też wspomnieć o umiejętnościach muzyków. O ile większość zespołu nie wyróżnia się na większym tle (co nie znaczy oczywiście, że nie potrafią grać. Potrafią, i to bardzo sprawnie!), o tyle wokalista zaskoczył mnie bardzo przyjemnie. Chyba w każdej piosence krzyczy trochę inaczej. Tu doda dużo hardcore’owej buty, tam wyda z siebie slamowy bulgot, jeszcze indziej wymiesza krzyki niskie i wysokie by pod koniec zaatakować deathową przemocą. No i nie śpiewa czysto, co ważne, bo prawie na pewno zepsułoby kompozycje. Szkoda tylko, że brak mu charyzmy. Skłamałbym, mówiąc, że Simona Evangelistę poznam momentalnie, niczym Tylera Sheltora albo Marcusa Bischoffa.

Jak już się rzekło, Fracture to kawał dobrej sieki. Sam zamierzam co jakiś czas do niej wracać, a sam Insane Therapy obserwować. Jeżeli szukałeś solidnego deathcore’u w stylu Boris the Blade, to możesz przestać.

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .