Lion Shepherd – „Heat” (2017)

Parafrazując jednego z ulubionych pismaków, moja zawartość pojemnika na myśli udała się na suchego przestwór oceanu, kiedy zetknęłam się po raz pierwszy z twórczością Lion Shepherd. Pierwszy album formacji Hirateh (2015) nie wpisywał się w żadne konwenanse – oto debiut, a brzmiał jak poważny, dojrzały i w pełni profesjonalny projekt doświadczonych wyjadaczy. Nie zaprezentowali muzyki prostej, nie naparzali muzyki trudnej, nie szokowali złożonym repertuarem, ale zaskoczyli doskonałym warsztatem i interesującymi aranżami. Z kolei następne dzieło muzyków to już poziom zawodowstwa o formacie światowym. Żeby za długo się we wstępie nie rozwodzić – Heat (premiera 26 maja br.) to jeden z najciekawszych albumów AD. 2017.

Przede wszystkim zespół Kamila Haidara i Mateusza Owczarka nie niknie w tłumie na polskiej scenie rockowej. Mamy tu do czynienia z szeroko pojętym art-rockiem z bliskowschodnimi motywami i charakterystycznym, chropowatym wokalem Haidara. Jest melodyjnie, przebojowo, a jednocześnie nie trąca sztampowością i powtarzalnością. Po pierwszym spotkaniu z Heat trudno nie zachwycić się gitarowymi umiejętnościami Owczarka, jego lekkością w komponowaniu dość złożonych riffów, wymagających solówek i świetnych przygrywek na dwunastostrunówce, która doprawia utwory orientalnym klimatem. Totalna i pełna jest także sekcja rytmiczna. Akcenty są zaznaczone tam, gdzie powinny, przejścia ciekawe, dopracowane, bas Łukasza Adamczyka wygina się na wszystkie strony i błyszczy w odpowiednich momentach albo „ubiera” kompozycje w odpowiednie brzmienie. Całość dopełniona jest wymownymi lirykami, dotykającymi na przykład tematyki podziałów społecznych, sytuacji na Bliskim Wschodzie czy relacji międzyludzkich, które powinny być mniej skomplikowane niż nam się wydaje. Bardzo podoba mi się konsekwencja i podkreślenie wspomnianych patentów orientalnych od pierwszych nut rozpoczynających płytę. Lion Shepherd bezprecedensowo zaprasza słuchacza do podróży po bezkresach pustyni (On the road again), a może do innych zakątków poza zatłoczoną cywilizacją metropolią, lub w sam środek niej, ostrzegając, że nie wszystko działa jak powinno, system społeczny nikogo nie obroni, upada (Fail). Każdy kolejny numer, choć kontynuuje obraną ścieżkę łączenia folku bliskowschodniego z rockiem, zaskakuje rozbudowaną konstrukcją, zmianami tempa i bogatym instrumentarium.  W tle wykorzystano bowiem kongi i bębny darbuki, arabską lutnię oud, perski santur, tablę, są nawet dzwonki tybetańskie i harmonium. Nie brakuje mariaży wokalnych, gdzie oprócz Kamila udzielają się także żeńskie głosy (gościnny udział Kasi RościńskiejDream On) i chórki (Code of Life), które pełnią rolę podkreślenia folkowego charakteru utworów. Na album w większości składają się dynamiczne, energiczne w swej konstrukcji piosenki, ale nie brakuje wolniejszych, niemal balladowych kompozycji (Farewell, Dazed By Glory, Swamp Song). Osobiście zdecydowanie wolę Lion Shepherd w mocniejszym albo ostrzejszym wydaniu, tym bardziej że zespół na żywo wypada rewelacyjnie, kiedy kipi energią.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak zwrócenie uwagi na detale wokół wydawnictwa. Oprócz zawartości należy zachwycić się również oprawą graficzną Heat. Digipak zdobi minimalistyczna, czarna okładka, która wyglądem przypomina spękaną ziemię bądź skórę. Album otwiera się na 4 strony, a wewnątrz znajduje się mapka Syrii i okolic – w końcu Kamil Haidar ma syryjskie korzenie, toteż nikogo nie powinny dziwić takie konotacje. Jest osobna część z fotografiami, creditsami, czerpany papier z tekstami (na końcu znalazła się również dedykacja dla nieżyjącego Piotra Grudzińskiego (Riverside)), a w samym środku czarna płyta. Samo opakowanie robi duże wrażenie i zachęca do zapoznania się z pomysłami Lion Shepherd bliżej. 

Reasumując rozważania na temat Heat, zastanawiam się nad pewną kwestią – muzyka Lion Shepherd nie stanowi już twórczości dla mocno ograniczonego grona odbiorców, jest bardziej przystępna i na pewno częściej zagości w rozgłośniach radiowych (a przynajmniej powinna). Z drugiej strony na szczęście to nie znowu taka rewolucja, to nie jest kolejny, suchy czy banalny twór dla ogółu. Ta muzyka żyje, niesie ze sobą więcej i wymaga głębszego przemyślenia. Świadczą o tym wszystkie elementy całego wydawnictwa. Ładnie to Panowie sobie poskładali, a co ważniejsze – umiejętnie. Polecam z czystym sumieniem!

Ocena: 9/10

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , .