Morte – “Death Surrounds Us” (2016)

Nieczęsto mam do czynienia z zespołem, który stanowi dla mnie absolutną carte blanche. W dobie dziko rozszerzającego się i wszędobylskiego Internetu każda chyba kapela wrzuca do sieci jakieś utwory, żeby promować się na szerokich wodach wirtualnego show-biznesu.

W przypadku rodzimego Morte nie miałem okazji zapoznać się z jakimikolwiek próbkami ich twórczości, gdyż na żadnym popularnym serwisie nie zawisło dotąd nic, co wyszłoby spod ręki kwartetu z Radomska. Dziwne, niemniej rękawicę podniosłem.

Na początku oczywiście krótki research i już wiem, że są szanse na powodzenie. Miks black i death metalu może dać bardzo pożądane rezultaty. Debiutancki album gwarantuje zazwyczaj świeżość umysłów, wigor i energię materiału, a także niepowtarzalność wydawnictwa. A zatem sprawdzam…

Jest grubo. Patyczkowania się ze słuchaczami nie ma od trzydziestej do ostatniej sekundy albumu. Po krótkim delikatnym intro muzycy bez zbędnej zwłoki zapoznają słuchacza ze skonstruowaną przez siebie maszyną śmierci. Ciężki i syty growl, mocna i równie ciężka perkusja, i do tego intrygujące partie gitar obiecują przyjemne trzydzieści siedem minut muzyki. Nie myślcie jednak, że doomowy wręcz klimat wiąże się z tym długaśnym i nudnym wywlekaniem flaków. Ciężkie i piwnicznie duszne bębny są jednocześnie szybkie i jadowite. Partie gitar są co najmniej niebanalne, a miejscami trashowe powiewy świeżości nadają utworom dodatkowej porcji energii. A growl? Solidny jak fundamenty pod Pałacem Kultury, mocny niczym trzystutonowy dźwig i jednocześnie ostry jak brzytwa, a to przeprowadza nas pięknie i szybko przez kolejne kawałki niczym Wirgiliusz Dantego po piekle.

Płyta jest równa, ale nie monotonna. Jest bardziej deathowa niż blackowa, ale nie brakuje jej typowego dla black metalu klimatu. Linie melodyczne są bardziej niż w typowym death metalu klarowne, ale w utworach nie ma nadmiaru patetycznego symfonicznego dzielenia włosa na czworo.

Na szczególną uwagę zasługują utwory Poison, Serpent Ring czy ostatni Finding Lost Souls, głównie przez szybkie tempo i ciekawe aranże. Ale najciekawszy na albumie jest utwór Vatican, i to nie przez wymyślne linie melodyczne czy superszybkie tempo – wstępem do utworu jest monolog szanownego Karola z Wadowic. Odważny zabieg jak na kraj, w którym nawet drobne przejawy postaw bluźnierczych kończą się w sądzie.

No dobrze, może i ta papieska introdukcja jest tanim chwytem reklamowym pokroju targania biblii na koncercie. Ale cała reszta albumu jest zwyczajnie bardzo dobra. Może nie odkrywcza i nie genialna, ale bardzo, bardzo solidna. A to dostateczny argument, żeby Death Surrounds Us za wszelką cenę mieć!

Ocena 7,0/10,0.

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , .