Septicflesh – „Codex Omega” (2017)

Septicflesh to zespół specyficzny. Silnie zakorzeniony w wypracowanej przez lata, jednoznacznie zdefiniowanej konwencji, łączącej brutalny (choć niepozbawiony przebojowości) death metal z monumentalnością i podniosłością muzyki symfonicznej. Grecy od lat poruszają się swoją wąską ścieżką stylistyczną, która zdaje się być jednocześnie ich błogosławieństwem i przekleństwem. Prezentowana formuła z jednej strony zapewnia grupie rozpoznawalność i indywidualny charakter, z drugiej jednak skazuje band na zjadanie własnego ogona i zauważalną monotematyczność.

Codex Omega jest tej tezy koronnym dowodem. Od pierwszej nuty nowego krążka słychać bowiem, że muzycy zespołu nie próbują odstąpić nawet o krok od standardów wytyczonych na The Great Mass i kontynuowanych bezpośrednio na wydanej w 2014 roku Titan. Grecy oddają w ręce fanów trzeci rozdział tej samej opowieści, brzmiącej nieustannie jak muzyczna oprawa wzniosłej, majestatycznej sztuki teatralnej.

Zbyt sobie jednak cenię poprzednie dokonania Ateńczyków (za doskonałe Sumerian Daemons, Communion i The Great Mass będę ich dozgonnym wyznawcą) by z wymienionych wyżej powodów z góry skazać Codex Omega na porażkę i nie spróbować swoich sił z nową muzyką tego składu. Kierowany także zwykłą ciekawością postanowiłem sprawdzić, czy odczuwalny już na Titan syndrom zmęczenia materiału (choć płyta miała momenty, jako całość nie zdołała zdobyć mojego uznania) był tylko przejściowy, czy może Grecy na dobre zapętlili się w swojej formie, zdającej się przerastać prezentowaną przez zespół treść.

Decyzja okazała się jednoznacznie słuszna, bo pomimo świadomości mankamentów i ograniczeń obecnego wcielenia Septicflesh zdołałem doszukać się na Codex Omega całkiem dużej liczby zalet.

Co najważniejsze – bracia Antoniou przypomnieli sobie, że przy całym bogactwie i okazałości wykorzystywanych środków, punktem wyjścia muszą być zwyczajnie dobrze napisane, interesujące i zapadające w pamięć kompozycje. Kroczący niczym walec Dante’s Inferno, dynamiczny Portrait of a Headless Man, brzmiący jak żywcem wyjęty z Communion Martyr, wzbogacony pięknym chórem Enemy of Truth, podniosły Dark Art, brutalny Faceless Queen czy kłaniające się Paradise Lost z okresu Draconian Times Trinity do takich się niewątpliwie zaliczają– jedne oparte są na pięknych melodiach, kolejne świetnie wykorzystują elementy symfoniczne, jeszcze inne charakteryzują się niezwykłą motoryką, groovem i przebojowością.

Na uwagę zasługują jak zawsze niepowtarzalne, czyste wokale Sotirisa Vayenasa – jego partie mienią się pięknym blaskiem, stanowiąc często najmocniejsze momenty płyty (Enemy of Truth, Dark Art, Our Church Below the Sea).

Nie mniejsze wrażenie robi przemyślana, dopracowana, precyzyjnie odegrana i dobrze wyeksponowana sekcja rytmiczna. Słychać, że Kerim doskonale odnalazł się w reprezentowanej przez zespół stylistyce i efektownie uzupełnia jego kompozycje. Dużo frajdy przynosi skupianie się wyłącznie na bębnach i śledzenie zaprezentowanych na krążku poczynań niegdysiejszego drummera Decapitated. Co tu dużo mówić – Kerim to dziś marka, na której bracia Antoniou poznali się bezbłędnie.

Nie ma sensu czynić rozpraw nad brzmieniem Codex Omega. To jest oczywiście dopieszczone do granic możliwości, z jednej strony masywne i potężne, z drugiej klarowne i nieskazitelne. Ten aspekt muzycy Septicflesh opanowali do perfekcji, a słuchanie ich najnowszego wydawnictwa na odpowiednim sprzęcie to czysta przyjemność.

Szkoda tylko, że szalenie trudno (choć sądzę, że w końcu będzie musiało do tego dojść) byłoby zapewnić odpowiednie warunki, by muzyka ta wybrzmiała w naturalnym dla siebie środowisku (czyt. w filharmonii, w towarzystwie pełnego składu Praskiej Orkiestry Symfonicznej). Nie jest bowiem tajemnicą, że odgrywana w dużej części z podkładu, w warunkach klubowych czy festiwalowych nie jest w stanie ukazać w pełni swojego potencjału.

Reasumując – nowy krążek Septicflesh nie przynosi w twórczości zespołu żadnego novum. Jeżeli jednak nie poczytujecie tego za wadę, gorąco zachęcam do zapoznania się z Codex Omega. To płyta dużo lepsza od Titan, miejscami godnie nawiązująca do najlepszych momentów w dyskografii Greków.

Ocena: 8/10

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Bez szufladkowania i zbędnych etykiet.
Synu

Tagi: , , , , , , , , , , , .