Suffer Yourself – „Ectoplasm” (2016)

Wszelkich melancholijnych i klimatycznych odmian doom metalu (czyt. death/doom metal, gothic/doom metal, atmospheric doom metal etc.) mogłabym słuchać godzinami, a nawet czasem i tygodniami. Jednak gdy widzę dopisek „funeral” załącza mi się sceptyczne podejście to danego materiału. Wszystko z obawy przed schematycznym, nużącym i ciągnącym się jak flaki z olejem graniem. Jakiś czas temu w moje ręce wpadł funeralowy właśnie, drugi album ukraińsko-szwedzkiej (niektóre źródła wskazują Polskę jako lokalizację na początku działalności grupy) formacji o wymownej nazwie Suffer Yourself, zatytułowany Ectoplasm. Trochę czasu upłynęło, nim usiadłam do wystukania na klawiaturze słów tej recenzji.

Pierwsza sprawa, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, to odczuwalna długość utworów. Chociaż mamy tutaj między innymi trzy ponad 10-minutowe kawałki, płyta dobiega końca w mgnieniu oka. To przede wszystkim zasługa zgrabnie zbudowanych kompozycji, które zawierają wiele przejść, zmian nastrojów, tempa czy też charakteru wokali. Druga kwestia to wyważony ciężar. Powiedziałabym, że jest to funeral doom przyjemny dla ucha. Walcowate riffy gitary rytmicznej idealnie zgrywają się z linią melodyczną gitary prowadzącej, która nadaje tej muzyce niesamowitego i melancholijnego klimatu.

Takim opus magnum tego albumu (według mnie) jest – idący na tak zwany pierwszy ogień – utwór tytułowy. Dzieje się tutaj najwięcej, a mianowicie doświadczymy brzmień od ambientu, poprzez siarczysty death, oczywiście na miażdżącym doomie kończąc. Nawet pod względem wokalnym nie możemy się spodziewać minimalizmu: chóry męskie i żeńskie, niski ryk, a nawet depresyjne, black metalowe wrzaski w tle. I nie, nie jest to przerost formy nad treścią. Muzycy tak zgrabnie łączą te różnorodne formy, że otrzymujemy z tego 10-minutowy, spójny kawałek. Zostajemy wprowadzeni w hipnotyczną, melancholijną podróż.

Genialne są dla mnie również praca gitary rytmicznej i całe samplowe tło utworu Dead Visions. Przy spokojniejszych partiach, które cechują się niezwykle klimatycznym brzmieniem, po prostu odpływam. Liczne monologi i męskie szepty (także w języku ukraińskim) równoważą się z niskim growlem. W drugiej połowie numeru zaś napotykamy oklepany patent sampli żeńskiego płaczu. Całe szczęście nie brzmią one nazbyt pretensjonalnie. Podobnie zresztą jak krzyki w jeszcze późniejszych minutach.

Na sam koniec uwagę przykuwa niespokojny Transcend the Void. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że ambientowy. W każdym razie zupełnie inny od zestawu czterech wcześniejszych pozycji na Ectoplasm. Wprowadzający już nie tyle poczucie melancholii, ale depresyjny mrok. Niepokojące odgłosy w tle, brzęcząca cicho gitara – po prostu nie da się nie zauważyć, że tym kawałkiem zespół stworzył najbardziej ponury klimat na albumie.

Ectoplasm zdobył bardzo różne oceny, niektóre nawet dość niskie. Abstrahując od wszystkiego, co mówią „Internety”, ja najnowszy materiał Suffer Yourself jak najbardziej doceniam. Już pominę fakt, że w pewnym sensie zmienili moje nastawienie do funeral doom metalu. W większości stworzyli naprawdę ciekawe numery, które wciągają w wir zapomnienia podczas ich słuchania, nawet pomijając The Core, który wypada dość blado w towarzystwie pozostałych utworów. Tak czy inaczej dawno już nie trafiłam na granie w tych klimatach, które tak pozytywnie by mną wstrząsnęło.

Ocena: 8,5/10

Marta (Kometa)

Marta (Kometa)

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej.
Chwalę i krytykuję płyty, piszę koncertowe opowieści.
Marta (Kometa)

Tagi: , , , , , , , .