Black Plague: Chapter IV – Katowice (21.08.2020)

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

W piątkowy wieczór, gdzieś przed północą, organizowany przez Black Silesia Productions cykl imprez Black Plague dobiegł końca. Czwarty rozdział tej świetnej inicjatywy miał wszystko, czego potrzebują dobre zakończenia – niespodziewane zwroty fabularne, szybkie tempo, sporo emocji oraz przede wszystkim solidne pieprznięcie. Chapter IV od początku miał pod górkę. Swój udział odwołały zespoły Warfist oraz tzw. gwiazda wieczoru Arkona, a gdy te dwie kapele udało się zastąpić Kultem Mogił oraz Infernal War (czyli jak dla mnie zmiana na duży plus), to odpadło jeszcze Martyrdoom. Organizatorom udało się jednak przezwyciężyć zarówno te, jak i inne (o których później) trudności, a sam koncert okazał się bezsprzecznie najlepszym epizodem tej czteroodcinkowej serii.

Miałem przyjemność recenzować ostatni krążek Kultu Mogił, więc ucieszyłem się, mogąc zobaczyć kwartet na żywo. Przypadki death metalowych hord, których występy wprawiły mnie w zachwyt mógłbym jednak policzyć na palcach u rąk i niestety Kult Mogił nie będzie jednym z tych palców. Tarnowianie zaprezentowali się nieźle (szczególnie wyróżniał młody wokalista kapeli), jednak to, co na ostatnim albumie było lekkim „wow”, na żywo okazało się tylko i wyłącznie zjadliwe. Zespół nieźle sprawdził się w roli rozgrzewacza publiki, jednak szczęka została na miejscu.

Po zejściu tarnowskiej maszyny ze sceny imprezie została rzucona pod nogi kolejna, teraz chyba największa z kłód – wizyta sanepidu oraz umundurowanych funkcjonariuszy policji, których na miejsce  ściągnął odbywający się na dziedzińcu klubu koncert rapera Żabsona. Panowie krążyli po klubie jak sępy i szukali wszelkich nieprawidłowości (których w końcu nie znaleźli), zaś menadżer obiektu nie wierząc w to, że metalowa brać będzie w stanie wytrzymać cały koncert, stosując się do wymagań sanitarnych, chciał odwołać wydarzenie. Po raz kolejny metal wygrał jednak z przeciwnościami losu i zakończyło się jedynie około godzinną obsuwą, po której na scenie pojawiło się Totenmesse.

Projekt, w skład którego wchodzą członkowie kapel takich jak Massemord, Odraza czy Kult Mogił słaby być nie może. Black metal w wydaniu Totenmesse ocieka mrocznym klimatem, co w połączeniu z ciemną salą koncertową P23 zdecydowanie wpłynęło na jego odbiór. Mimo dosyć wyraźnego rozdźwięku pomiędzy najjaśniejszymi punktami występu chłopaków a tymi mniej porywającymi utworami, zaliczyłbym spędzony z nimi czas jako udany.  Mało tego, podczas ich występu odniosłem wrażenie, jakoby koncert był nagłośniony lepiej niż niż jego odbywający się w klubowym wnętrzu poprzednik. A może to tylko wrażenie…?

Jako trzecia na scenie zaprezentowała się torpeda zwana Ragehammer. Premiera nowego krążka kapeli zatytułowanego Into Certain Death zbliża się wielkimi krokami (spodziewajcie się recenzji już wkrótce), stąd też kwartet wrzucił do swojej setlisty kilka nowych numerów, które nie odbiegają poziomem od tego, do czego krakowianie zdążyli nas już przyzwyczaić. Zespół momentalnie rozruszał zgromadzone w P23 towarzystwo, dzieląc się przy tym zarówno swoją energią sceniczną (z naciskiem na szalejącego wokalistę), jak i tą płynącą z ich furiackiego thrash/blacku. Frontman kapeli bardzo chętnie nawiązywał też kontakt z publiką, co z reguły traktuję jako plus, konferansjerki Tymka Jędrzejczyka pochwalić jednak nie mogę, szczególnie dość kuriozalne określanie artysty z sali obok, zupełnie niepotrzebne wyśmiewanie w stylu co najmniej poniżej poziomu. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że gardłowy Ragehammer powinien ten etap mentalny mieć już dawno za sobą. Choć nie zmienia to faktu, że muzycznie było doskonale, to jednak pozostawiło drobny niesmak, przynajmniej w moim odczuciu.

No i na koniec gwiazda wieczoru, Infernal War. Do opisania ich czasu scenicznego wystarczyłoby w zasadzie jedno słowo – ogień. Częstochowska załoga w piątkowy wieczór wypadła jeszcze lepiej niż na grudniowej Metalowej Wigilii, nie pozostawiając złudzeń co do tego, czy zastąpienie Arkony właśnie nimi było dobrym posunięciem. Zespół przeszedł przez swój katalog jak taran, prezentując utwory z każdego etapu ich kariery. Tradycyjnie zabrakło niestety mojego faworyta w postaci Salvation, mimo tego jednak setlista, w której znalazło się miejsce między innymi na klasyki takie jak Crushing Impure Idolatry czy Ściąć Nazarejczyka, na pewno zadowoliła fanów black metalowego komanda. To, że Infernal War są teraz w świetnej formie również nie mogło być żadnym zaskoczeniem, tym bardziej jeśli ktoś miał przyjemność uczestniczyć w występie Voidhanger na „rozdziale trzecim”. Panowie są żywym dowodem na to, że klasy się nie traci – nawet przy mało urodzajnej aktywności wydawniczej. Pełen profesjonalizm, a na dodatek nie zabrakło miłego gestu w postaci podzielenia się mikrofonem z osobą z publiki, dla której ten piątkowy wieczór musiał być doprawdy wyjątkowy. Mało tego, przez krótką chwilę można było nawet dostrzec uśmiech na twarzy Herr Warcrimera, a to podczas występów jego kapel raczej nie zdarza się zbyt często. Przydałby się w końcu jakiś świeży materiał sygnowany logiem IW, czas leci, a o następcy Axiom nadal kompletnie nic nie słychać. Panowie, do roboty!

Seria Black Plague dobiegła końca i z tej okazji zamiast zwyczajowych podsumowań umieszczę tutaj serdeczne podziękowania skierowane do organizatorów tych imprez – Black Silesia Productions. Dziękuję za tchnięcie życia w kulturalną stronę Katowic, za bezbłędną organizację poszczególnych dni, za ściągnięcie do P23 wielu rewelacyjnych kapel oraz za wytrwałą walkę z przeciwnościami, które co jakiś czas napotykaliście. Black Plague przejdzie do historii jako pierwszy duży promyk nadziei na lepsze koncertowe jutro w koronawirusowej rzeczywistości. Oby pierwszy z wielu.


Zdjęcia autorstwa Aggressive Photography. Po więcej zapraszamy do naszej galerii.

Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .