Legendarna Metallica przyjechała do Warszawy zagrać dwa koncerty promujące wydany w zeszłym roku krążek 72 Seasons. Niniejsza relacja dotyczy pierwszego występu, który odbył się w piątek, 5 lipca 2024 roku. Drugi miał miejsce jeszcze w ten sam weekend, dwa dni później. Co ważne, zespół na obie daty przygotował inne, niepowielające utworów setlisty. Różnili się także goście specjalni. W piątek przyszło mi obejrzeć w akcji Mammoth WVH, zespół Wolfganga Van Halena, syna słynnego gitarowego guru Eddie’go, a także świetne Architects, parające się progresywnym, technicznym metalcorem. Organizatorem wizyt Metalliki w naszym kraju było Live Nation Polska.
Na kilka minut przed 18:00, korytarzem wytyczonym na płycie PGE Narodowego, pod stanowiący objazdową scenę Metalliki wybieg (więcej o nim niżej), przemaszerowali członkowie live bandu Mammoth WVH. Jest to solowy projekt Wolfganga, który na dwóch wydanych dotychczas longplayach odpowiada za wokale i gra na wszystkich instrumentach. Jak młody Van Halen radzi sobie na scenie? Fenomenalnie. Trzydziestotrzyletni multiinstrumentalista ma głos jak dzwon, śpiewanie przychodzi mu z wyczuwalną łatwością, a gitarowe solówki sypią się spod jego palców jak oszalałe. Serwowany z wyraźnie amerykańskim sznytem, nowocześnie brzmiący, firmowy post-grunge, jest niezwykle łatwo przyswajalny. Syn niewątpliwie odziedziczył talent do muzykowania po ojcu, a ja zostałem fanem Mamuta jeszcze przed końcem krótkiego, bo ledwie półgodzinnego setu Wolfa i kolegów.

Setlista
Another Celebration at the End of the World
You’re to Blame
Like a Pastime
I’m Alright
Take a Bow
Don’t Back Down
Następne w kolejce było Architects. Anglicy stali się tak dużą marką na scenie metalowej, że w tym roku będą mieli przyjemność pełnienia obowiązków headlinera na czeskim Brutal Assault. Na PGE Narodowym grupa świetnie poradziła sobie z zadaniem bezpośredniego supportu przed występem Metalliki. Sam Carter udowodnił w Warszawie niedowiarkom, że reprezentuje zespół w pełni zasługujący na zapis największymi literami na plakatach festiwali całego świata. Nieczęsto jest mi dane obserwować wokalistów potrafiących ot tak, jakby od niechcenia, przejść wprost z wysokiej próby czystej partii śpiewanej w niski, mroczny growl. A następnie jak gdyby nigdy nic przejść do podniosłego refrenu. Czapki z głów, takie patenty potrafią wyłącznie nieliczni.

Przez cały set Carter wykorzystywał wszechstronność swojego głosu i górował nad jedzącą mu z dłoni publicznością. Nie zabrakło zwięzłej, zgrabnej konferansjerki, wielu okrążeń wzdłuż i wszerz podestu, po to, by nikt nie czuł się pominięty, a także wielokrotnego zachęcania do moshowania. Sam dysponuje bodaj wszystkimi cechami, jakimi powinien operować frontman. Gość jest charyzmatyczny, pewny siebie oraz świadomy mocnych stron swojego show. Na uwagę zasługiwał również jego ubiór, gdyż spod skórzanej ramoneski wystawała biała koszulka piłkarska z polskim godłem. Niemniej występ Architects to nie tylko jego spektakl. Towarzyszący wokaliście zespół egzekwował poszczególne partie utworów z niebywałą precyzją, nie oszczędzając się przy tym w headbangingu. Akustycy rozkręcili heble nieco mocniej niż na Mammoth WVH, pozwalając nisko strojonym riffom Anglików zabrzmieć z odpowiednią mocą. Nie mogę narzekać na odpowiednią separację poszczególnych instrumentów, ale informuję, że skomplikowane technicznie zagrywki Architektów kompletnie nie nadają się na wyjątkowo trudny do nagłośnienia PGE Narodowy. Flagowy riff do Doomsday lepiej “odtwarzałem” we własnej głowie, niż słyszałem na stadionie. Doskonale wypadł za to nowy singiel Curse oraz zagrany na samym końcu ultrabanger Animals. Wszystko dobiegło końca po niespełna godzinie. Według mnie to akurat tyle, by rozgrzać publiczność przed gwiazdą wieczoru, zdążyć odpowiednio zaprezentować swoje dotychczasowe dokonania i pozostawić niedosyt, zachęcający do pełnowymiarowego koncertu zespołu, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.

Setlista
Seeing Red
Giving Blood
deep fake
Impermanence
a new moral low ground
Black Lungs
Curse
Royal Beggars
Doomsday
Meteor
when we were young
Animals
W ciągu ponad półgodzinnej przerwy, słońce oświetlające PGE Narodowy zeszło nieco niżej, co wyłącznie podkręciło ekscytację związaną z oczekiwaniem na występ słynnych thrashowców z Bay Area. Około 20:40 z głośników popłynęło It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock 'n’ Roll) z repertuaru AC/DC, stanowiące preludium do obowiązkowego intra zwiastującego rychłe nadciągnięcie Metalliki. Mowa oczywiście o Ecstasy of Gold Ennia Morricone ze słynnego spaghetti westernu Dobry, zły i brzydki. Pochodzący z San Francisco zespół przeszedł wytyczonym na płycie korytarzem w towarzystwie gromkiej wrzawy. Obejrzeliśmy krótki materiał wideo zmontowany specjalnie z okazji polskich koncertów, po czym muzycy żywiołowo wtargnęli na scenę. I tak to się zaczęło!

Wystarczyło kilka sekund riffu otwierającego Creeping Death, by dziesiątki tysięcy gardeł głośno przywitały Jamesa, Larsa, Kirka oraz Roberta. Pierwsze wrażenia? Ludzie reagują żywiołowo, a muzycy najwyraźniej bawią się na scenie całkiem nieźle. A brzmienie? Nagłośnienie od samego początku setu Metalliki było selektywne, przy czym dalekie od perfekcji. Z czasem sytuacja uległa poprawie, ale warszawski stadion mimo nieustannych starań najlepszych akustyków, pozostał tego wieczoru obiektem dźwiękowo niewdzięcznym.
Drugi w kolejności był znakomity Harvester of Sorrow, po którym “poprawiono” bezlitosnym Leper Messiah. Trzeba przyznać, że trzy tak mocne numery na sam początek zapewniły świetne rozpoczęcie koncertu. Pora na chwilę oddechu; złapać było go można na rozpoczętym, rzecz jasna, przez Roba Trujillo, monumentalnym King Nothing. Po czterech, jakże kultowych kompozycjach, zagrano tytułowe 72 Seasons z nowego albumu, a następnie usłyszeliśmy If Darkness Had a Son, również wywodzące się z tego samego krążka. Nieprawdą byłoby napisanie, że oba numery wypadły źle, ale dało się odczuć chwilowy opad entuzjazmu zgromadzonych.
Po nich nadszedł czas na obowiązkowy ostatnio punkt programu. Chodzi o dwuosobowe show Kirka Hammetta i Roberta. Panowie na każdy wieczór przygotowują dla publiczności coś ekstra. Zazwyczaj jest to cover lokalnego wykonawcy, jednak w piątek Kirk i Rob zagrali napisaną specjalnie na tę okazję kompozycję zatytułowaną Back in Warsaw, którą ukończyli dosłownie na godzinę przed wyjściem na scenę. Doceniam inicjatywę, ale to, co usłyszałem, było co najwyżej kiepskie. Wyobraźcie sobie generyczne hardrockowe riffy połączone ze skleconym naprędce tekstem z refrenem składającym się wyłącznie ze słowa hey, a wszystko to wygenerowane w jakimś ograniczonym substytucie Chatu GPT. Prywatnie nie cierpię, gdy ktoś wykorzystuje nadużywane słowo krindż, ale uważam, że w tym przypadku trudno o bardziej trafne określenie. Słuchając tworu Hammetta i Trujillo, mój uśmiech pojawiający się na widok wciąż nieco onieśmielonego mikrofonem Roba, szybko przerodził się w grymas. Cóż, po kilku co najwyżej średnich płytach, a także wątpliwej współpracy z Lou Reedem, wybaczę Metallice nawet to nieszczęsne Back in Warsaw. Liczą się przede wszystkim dobre intencje. Niemniej będę mógł się chwalić, że słyszałem prawdopodobnie najgorszy numer w historii amerykańskiej grupy. I to na żywo! Szczęście w nieszczęściu.

Światła po raz pierwszy przygasły na dłużej. Rozpoczęło się przejmujące wykonanie Fade to Black. Zaznaczę, że całe wydarzenie przyszło mi obserwować z trybuny górnej, a konkretniej jej najniższego rzędu, zapewniającego odpowiedni ogląd zarówno na muzyków, jak i przypominające tłoki silnika telebimy, postawione na wysokich, pionowych słupach. W trakcie kultowej ballady wyświetlano na nich animację 3D przedstawiającą cyfrowe twarze zmieniające się w popiół, a następnie odchodzące w zapomnienie. Klimatyczne, wymowne, a także skłaniające do refleksji wizualizacje Metalliki robiły na PGE Narodowym niemałe wrażenie. Tym bardziej że początkowo zaciemniony obiekt sprawnie oświetliło morze świateł latarek smartfonów oraz zapalniczek. Po prawie czterdziestu latach od premiery Ride the Lightning, Fade to Black wciąż potrafi dogłębnie poruszyć. Niniejszym koncert wrócił na właściwe tory.

Następne było Shadows Follow reprezentujące wydaną w zeszłym roku płytę 72 Seasons, zagrane z większą werwą niż wcześniejsze dwa utwory z tego krążka. I dobrze, bo to prawdopodobnie jeden z mocniejszych numerów nagranych przez kwartet na przestrzeni ostatnich lat. Kolejna dłuższa pauza przełamana została ponadczasowym riffem basu do Orion. Moim zdaniem to właśnie ta kompozycja wypadła piątkowego wieczoru najwspanialej. Aż trudno uwierzyć, że tak skomplikowaną, progresywną formę, stworzyło paru ledwie dwudziestokilkulatków.
Nie zabrakło również Nothing Else Matters, ale zespół odegrał legendarną balladę jakby od niechcenia, ot, żeby mieć ją już za sobą. Nic dziwnego, wszak to jeden z najbardziej eksploatowanych na żywo utworów Mety. Na jakiś czas melodie odeszły na dalszy plan. Jak nakazuje tradycja, po delikatniejszej, stonowanej piosence, należy uderzyć czymś mocnym. W ten sposób publiczność PGE Narodowego zaczęła niemalże uginać się pod ciężarem ciosanego riffu Sad but True. Z zajmowanego przeze mnie miejsca, usytuowanego centralnie na wprost wybiegu, dobrze widziałem zbiorowy, synchroniczny headbanging fanów. Wtórowali im ochoczo przemierzający podwyższenie muzycy, nieobawiający się podchodzenia do krawędzi. Kluczowe pozostawało także umiejscowienie statywów z mikrofonami, pozwalające Papie Hetowi śpiewać z wielu punktów konstrukcji. Co więcej, w trakcie setu thrash metalowców z Bay Area Lars Ulrich czterokrotnie zmieniał zestaw perkusyjny. Po kilku odegranych kompozycjach Duńczyk wstawał, jego bębny zjeżdżały pod scenę, a kolejna, identyczna perkusja wyłaniała się kilkadziesiąt metrów dalej, na dodatek ustawiona pod innym kątem względem odbiorców. To oczywiście nie pierwszy raz, gdy Metallica nie korzysta ze standardowej sceny, aczkolwiek wciąż łatwo zauważyć (i docenić!), że słynny zespół chce być jak najbliżej swoich miłośników. To nie wszystko: wewnątrz okręgu znajduje się słynny Snake Pit, dodatkowy sektor, pozwalający stanąć z Jamesem, Larsem, Kirkiem i Robertem niemalże twarzą w twarz. Zakładam, że właśnie tam musiało być najgoręcej na szybkim i brutalnym Fight Fire With Fire, w trakcie którego na płycie obiektu powstały liczne circle pity.

Później grupa uraczyła nas jeszcze oprawionym pirotechniką wykonaniem Fuel oraz doskonałym Seek & Destroy, w trakcie którego ze słupów-telebimów spadło kilkanaście wielkich, dmuchanych kul z logiem zespołu i liczbą 72. To bodaj jedyna kierowana w stronę fanów ekstrawagancja, na jaką pozwala sobie obecnie Metallica. Takie podejście pokazuje, że wspaniała muzyka wciąż broni się sama, a niestandardowa, robiąca niemałe wrażenie nowoczesna scena pozostawała oszczędna w formule. Okrąg oświetlono różnorakimi światłami, dopasowującymi barwy do poszczególnych fragmentów utworów, ponadto gdzieniegdzie rozlokowano niewielkie reflektory, dynamicznie reagujące na przemieszczanie się muzyków, ale to tyle. Żadnych stojących, zdobionych konstrukcji, typowych elementów scenografii czy innych ozdobników. Oprócz wożonych windami zestawów perkusyjnych, jedyny wyjątek od powyższej reguły stanowiła niewielka platforma, dzięki której Rob Truijllo wyjechał w pewnym momencie na sam środek Snake Pitu. Zapewne nikogo nie zdziwi, że w trakcie transferu, basista nie przerwał odgrywania swoich partii.
Niestety, wejściówka pozwalająca dostać się do wewnętrznego kręgu sceny Metalliki kosztowała krocie, a już cena standardowego biletu na płytę zniechęciła wielu potencjalnych nabywców. Za taki trzeba było zapłacić… prawie 800 złotych. Nie boję się tego stwierdzenia: to w moim odczuciu gigantyczne pieniądze, nawet biorąc pod uwagę wspaniałe supporty oraz dedykowaną produkcję całego przedsięwzięcia.

Na sam koniec zagrano rewelacyjne Master of Puppets, a następnie nadszedł czas na długie pożegnania z polskimi fanami. Zespół okrążył wybieg kilkukrotnie, rzucając w stronę zgromadzonych kostkami do gitary. Muzycy mieli ich całe mnóstwo, nosząc w dłoniach kubki, z których wyciągali kolejne piórka. Hetfield dziękował warszawskiej rodzinie, Ulrich zaznaczył, że 5 lat nieobecności w Polsce to stanowczo za długo, a uśmiechnięci od ucha do ucha Kirk i Rob grzecznie przypominali, że widzimy się ponownie w niedzielę. Po kilkunastu minutach pożegnań czwórka z San Francisco wyszła tymi samymi drzwiami, którymi weszła na płytę PGE Narodowego. Nie było bisów. Prawdę mówiąc, nie odczułem, by były one potrzebne, ponieważ dwugodzinna setlista w pełni mnie zaspokoiła.

Początkowo miałem mieszane uczucia wobec piątkowego koncertu. Myślałem, że było co najmniej dobrze, ale czegoś zabrakło. Minęło kilka dni, miałem więc czas pozastanawiać się nad tym, co dane było mi przeżyć, po czym zmieniłem zdanie. To był naprawdę świetny koncert. Metallica wciąż przykłada się do występów. Zaznaczę, że w całkiem dobrej formie zaprezentował się także słynący ze swojej niesławnej niedyspozycji Ulrich. W pierwszy piątek lipca 2024 Lars grał na bębnach równo i z odpowiednią mocą. Wprowadzenie konieczności gry z metronomem okazało się słuszne. Co prawda, zdarzały mu się potknięcia, ale pozostali muzycy kwartetu również zaliczali drobne wpadki. Nie były one jednak niczym, co mogłoby wpłynąć na odbiór danej kompozycji. Metallica od wielu lat ma zresztą opinię zespołu niekojarzącego się raczej z chirurgiczną precyzją grania na żywo. Pozostaje ona sprawą drugorzędną w sytuacjach, gdy dostarcza się tak ogromne dawki energii, jakimi obdarowani byli piątego lipca warszawscy fani legend metalu. Było wspaniale i szczerze żałowałem, że nie dysponowałem wejściówką na niedzielny koncert. Jeżeli zespół następnym razem również będzie grał w Polsce dwukrotnie, wybiorę się na oba występy, a nawet sprzedam nerkę za miejsca w Snake Picie. Mimo że wszyscy czterej muzycy są po sześćdziesiątce, wigoru w nich więcej niż w wielu dwudziestoletnich debiutantach. Nie wiadomo ile lat koncertowania na takim poziomie jeszcze przed nimi. Oby jak najwięcej. Jeżeli grupa pozostanie w takiej formie, jak na trasie M72 World Tour, obejrzenie jej w akcji wciąż będzie szalenie satysfakcjonuje. Trzeba tylko zadbać o odpowiednią zasobność portfela…
Setlista
Creeping Death
Harvester of Sorrow
Leper Messiah
King Nothing
72 Seasons
If Darkness Had a Son
Back in Warsaw (“utwór” wykonywany w duecie przez Kirka Hammetta & Roba Trujillo)
Fade to Black
Shadows Follow
Orion
Nothing Else Matters
Sad but True
Fight Fire With Fire
Fuel
Seek & Destroy
Master of Puppets

Zdjęcia: Łukasz MNTS Miętka. Odnośnik do zrealizowanej przez niego pełnej galerii zdjęć z ww. wydarzenia znajdziecie tutaj.
- Pełny lineup PSYCHEDELIC NIGHT VOL.2 w Lublinie, bilety już w sprzedaży - 22 kwietnia 2026
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025







