Koncert Slayera i gości w łódzkiej Atlas Arenie zgromadził ogromny tłum zainteresowanych. Nasza redakcja również była reprezentowana przez kilku członków. Dziś możemy podzielić się z Wami przemyśleniami dwóch z nich. Odpalcie z głośników jedyny słuszny zespół i czytajcie!
Relacja red. Vladymira:
Od dnia zakupu biletu do daty koncertu w łódzkiej Atlas Arenie minęło pół roku, które przeleciało mi niezwykle szybko. Jadąc ze Śląska do Łodzi, byłem pewien, że wtorkowy wieczór w towarzystwie metalowej elity zaliczy się do udanych. Choć udało się wyjść z pracy wcześniej i jechać na koncert na złamanie karku, to sygnalizacja świetlna i niekończące się korki nie pozwoliły mi i współtowarzyszom cieszyć się występem Obituary. Jak rozumiem, wiele nie straciłem, bo grupa z Florydy na prezentację setu miała tylko dwadzieścia minut, ale niesmak pozostał i tak. Gdy podchodziliśmy pod Atlas Arenę, wybrzmiewały ostatnie dźwięki Slowly We Rot. No to teraz przerwa, zmiana dekoracji i za chwilę Anthrax, na pewno zdążę znaleźć swoje miejsce na trybunie zanim nowojorski kwintet wbiegnie na scenę.
Otóż nie, bo jak się okazało, organizator postanowił sobie zakpić z tłumów, które czekały w kolejkach do wejścia. Najpierw obsługa kierowała ludzi do innych bramek, które znajdowały się po drugiej stronie budynku, a tam okazywało się, że inni pracownicy odgradzali się od przybyłych na koncert i nie chcieli ich wpuścić do środka. Kuriozalna sytuacja powtórzyła się z trzema różnymi bramkami, co spowodowało ogromną frustrację wśród biegających wokół Atlas Areny ludzi. Ostatecznie wszystkim przyszło wrócić do punktu wyjścia, a wyzwiskom pod adresem obsługi nie było końca.
Tym samym minęły kolejne cenne minuty, a gdy w końcu udało się dostać na miejsce, Anthrax był już w połowie Caught In a Mosh. Zestaw siedmiu utworów, które były przewidziane na ten wieczór okazał się przekrojem najbardziej energicznych numerów kapeli – energia ta aż buzowała, zarówno na scenie, jak i pod nią, gdzie tworzyły się dwa wirujące koła fanów. Zespół po raz kolejny udowodnił, że do muzycznej emerytury im jeszcze daleko, a oprócz składnego setu na uwagę po raz kolejny zasługuje świetny kontakt kapeli z publicznością. Czekam na kolejny headlinerski występ w ich wykonaniu.
Wobec Lamb of God nie miałem większych oczekiwań, nie będąc nigdy wielkim zwolennikiem ich twórczości. Niemniej jednak byłem ciekaw, jak ich dokonania artystyczne obronią się na scenie. Muszę przyznać, że występ grupy przypadł mi do gustu. Może nie na tyle, by teraz w domu odświeżać ich dyskografię, ale generalnie koncert ten należy zaliczyć do udanych. Dobrze brzmiące gitary tylko zaostrzyły apetyt przed najważniejszym aktem wieczoru.
Relacja red. Marcina:
Na wstępie zaznaczyć muszę, iż na moje doznania miał duży wpływ fakt, że koncert spędziłem w drugim rzędzie przy barierkach na golden circle. Jakież było moje zdziwienie, gdy po koncercie wymieniałem zdania ze znajomymi, którzy mieli inne miejsca, że mają kompletnie różniące się spostrzeżenia niż ja. Od razu też nadmienię, że nie mam zastrzeżeń do brzmienia, które z mojej pozycji było dobre lub bardzo dobre. Jakość była przy każdym zespole podobna, różnice mogły powstawać po prostu przez zmiany stylistyczne zespołów, inne strojenie i tak dalej. Oczywiście gwiazda wieczoru była też głośniejsza od reszty, co jest już standardowym zabiegiem na takich eventach. Zauważyłem też kilka słabych zachowań ochrony, która w dużej mierze wyglądała jakby wyciągnięta była z klatki bloku niefajnej dzielnicy. Nie wiem dlaczego przyjęło się w Polsce, że do ochrony dostać się może każdy.
Jako drudzy na scenę wybiegli (dosłownie) thrashowcy z Anthrax. Nie spodziewałem się wiele po tym gigu. Widziałem ich kiedyś na dużym festiwalu i strasznie mi wtedy się nie podobali. Tym razem od samego wejścia byłem kupiony. Zaczęli od zagrania fragmentu utworu Pantery Cowboys From Hell, potem nadszedł czas na Caught In a Mosh z Among the Living i Got the Time z mojej ulubionej płyty Wąglika – Persistence of Time. Był czas też na utwory z nowej płyty, były klasyki, takie jak Anti-social, a na koniec znowu akcent w postaci kolejnego fragmentu z twórczości zespołu Pantera (świetny hołd). Cały gig nabuzowany był ogromną energią i żywiołowym zachowaniem na scenie, pod tym względem moim zdaniem Anthrax skosił konkurencję tego wieczoru. Nikt nie zagrał z takim zaangażowaniem i radością jak oni.
Gdy wyszło Lamb of God, miałem wrażenie jakby czuli się nieswojo na scenie, grając pomiędzy znacznie starszymi muzykami i legendami thrash metalu. By się rozkręcić, zajęło im to około trzy kompozycje. Może się doszukuję dziury w całym, ale z tak bliskiej odległości obserwacje wskazywały na to, że czują się niekomfortowo. Byłem wcześniej dwa razy na ich show i ten muszę zaliczyć do najsłabszych, ale nadal bardzo dobrych. Po bardzo ruchliwym gigu Anthrax wypadli dosyć statycznie. Profesjonalnie i poprawnie, ale bez ognia. Bardzo podobała mi się gra i prezencja perkusisty zastępującego Chrisa Adlera, pałkarza Prong i Winds of Plague Arta Cruza. Adler jest bardzo charyzmatycznym i wyjątkowym bębniarzem, ale Cruz zastąpił go, wzorowo pompując stopami w tłum ożywczy puls. Jak pisałem wyżej, nic by się nie stało gdyby Lamb oddało parę chwil na rzecz Obituary. Przyznam, że ich set pod koniec powodował u mnie zniecierpliwienie i chęć zobaczenia gwiazdy. Na dodatek set złożony z oczywistych hitów, takich jak Walk With Me In Hell, Redneck czy Now You’ve Got Something To Die For, poprzeplatany był nowszymi utworami, za którymi już tak nie przepadam.
- Varmia – „lauks” (2026) - 7 kwietnia 2026
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025

