Dzień po koncercie Behemoth, nogi zaprowadziły mnie do krakowskiej Tauron Areny, gdzie na organizowanym przez Live Nation Polska koncercie wystąpić miała brytyjska legenda post-punka, rocka alternatywnego oraz gotyckiego – The Cure. Tegoroczna trasa zespołu Roberta Smitha miała przy okazji podpromować jego nowy, pierwszy od czternastu lat album studyjny Songs of a Lost World, który to rzekomo miał ujrzeć światło dzienne właśnie w październiku tego roku. Do tego, jak wiemy, nie doszło, jednak występ The Cure odbył się zgodnie z planem. I całe szczęście!
W rolę supportu (choć takie zespoły od jakiegoś czasu określane są mianem „gości specjalnych”) na trasie wcielił się szkocki The Twilight Sad, mieszający post-punka z indie rockiem. Muszę przyznać, że pierwsze minuty występu Szkotów nastawiły mnie na tragedię, a James Graham fałszujący ze szkockim akcentem (jeśli nie wiecie, co mam na myśli, to polecam posłuchać dowolnych wypowiedzi jakichkolwiek mieszkańców Glasgow) miał zgotować mi beznadziejne 45-60 minut. Na szczęście im dalej w las tym lepiej, a gdy formacji udało się już rozkręcić, pozostawiła po sobie całkiem dobre wrażenie, choć akcent bardzo ekspresyjnego wokalisty wciąż momentami nieznośnie kąsał moje uszy. Niemniej muszę przyznać, że między innymi z tego powodu jestem zaciekawiony tym, jak The Twilight Sad brzmią w studio.
Setlista:
Kill It in the Morning
Let/s Get Lost
VTr
There’s a Girl in the Corner
I’m Not Here [Missing Face]
[10 Good Reasons for Modern Drugs]
Keep Yourself Warm (cover Frightened Rabbit)
And She Would Darken the Memory
Mimo że Szkoci cieszą się rozpoznawalnością na post-punkowo-indie-rockowej scenie, to jestem na sto procent pewien, że w Tauron Arenie nie było ani jednej osoby, dla której najważniejszym i najbardziej wyczekiwanym elementem wieczoru nie byłby występ The Cure. A czekać było na co, bo w przeciwieństwie do wielu gwiazd wielkiego formatu zespół nie ogranicza się do maksymalnie 90-minutowych występów, zamiast tego dając blisko dwuipółgodzinne show. Bez tak zwanej „pompy”, ze scenografią ograniczającą się do kilku paneli wyświetlających ruchome obrazy za plecami muzyków, czwartkowy koncert The Cure był po prostu niezwykle klimatyczną celebracją muzyki tej formacji, i to taką, w której znalazło się miejsce na kilka wzruszeń. Na aż dwadzieścia sześć utworów zaprezentowanych w Tauron Arenie złożyła się połowa albumu Disintegration, cztery utwory promujące nadchodzący krążek (w tym poruszające I Can Never Say Goodbye, które zespół Smitha zagrał po raz pierwszy w ogóle) oraz cała rzesza hitów mniejszych (między innymi Want, The Walk, Burn) oraz tych większych, które przede wszystkim zdominowały drugą część bisu, ale nie tylko (na przykład Lullaby, Friday I’m in Love, In Between Days, Just Like Heaven, Boys Don’t Cry, Pictures of You czy absolutnie cudowne, rewelacyjne, fenomenalnie wykonane A Forest, które rozruszało całą długość i szerokość płyty). Pełen największych przebojów bis zawładnął zresztą i Smithem, który wraz z przybliżającym się końcem koncertu coraz bardziej się rozgadywał, a nawet zaprezentował kilka swoich „tanecznych” ruchów. Momentami niestety zawodziło nagłośnienie (a przynajmniej tak było na trybunach), co totalnie zarżnęło utwór Disintegration, oraz nieco zabiło dynamikę Pictures of You czy From the Edge of the Deep Green Sea. Zdarzało się też, że za bardzo na pierwszy plan wychodził bas najbardziej tryskającego energią Simona Gallupa, pochwalić za to trzeba nagłośnienie perkusji (brzmiała potężnie) oraz wokalu Roberta Smitha, który swoją drogą mimo upływającego czasu wciąż brzmi tak samo jak ponad czterdzieści lat temu.

Setlista:
Alone
Pictures of You
Closedown
A Night Like This
Lovesong
And Nothing is Forever
Cold
Burn
Fascination Street
The Hungry Ghost
Play for Today
A Forest
Want
Shake Dog Shake
From the Edge of the Deep Green Sea
Endsong
I Can Never Say Goodbye
The Figurehead
Disintegration
Lullaby
The Walk
Friday I’m in Love
Close to Me
In Between Days
Just Like Heaven
Boys Don’t Cry
Świetny występ headlinera, zostawiający po sobie dobre wrażenie support – czwartkowy wieczór w Tauron Arenie zdecydowanie mogę zaliczyć do tych udanych. The Cure udowodnili, że ich muzyka jest ponadczasowa, a przy tych żwawszych numerach bawić mogą się zarówno dojrzali, jak i młodzi słuchacze. Fanów, którzy nie dali rady zjawić się w tym roku w Krakowie lub Łodzi, zapewne ucieszy fakt, że Robert Smith wspominał o powrocie do Polski. Macie na co czekać – jego zespół jest w świetnej formie.
Autorem zdjęć jest Łukasz MNTS Miętka. Po więcej fotografii z Krakowa zapraszamy do naszej galerii.
- IMPACT FESTIVAL 2026 już za równy miesiąc - 3 maja 2026
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
Tagi: kraków, Live Nation Polska, relacja, report, TAURON ARENA, the cure, the twilight sad.







