Podsumowanie roku 2020 wg redakcji KVLT

Rok 2020 zapisze się w historii współczesnej jako jeden najdziwniejszych i wyjątkowo nieprzewidywalnych. Pandemia przyniosła ze sobą wiele zagrożeń i wyzwań właściwie w każdej dziedzinie życia. Poważnie oberwała branża kulturalno-rozrywkowa, muzyczna brać z pewnością odczuła brak eventów, festiwali i koncertów, forma promowania wydawnictw i dotarcia do słuchaczy musiała przejść lifting, niektórzy artyści zamykali się w studiach, inni byli zmuszeni szukać sposobu na przetrwanie. Wydarzyło się wiele, również trochę dobrego. Oglądaliśmy koncerty online, słuchaliśmy na potęgę więcej i uważniej śledziliśmy nowości. W płytowych podsumowaniach naszej redakcji królowali Benediction, Oranssi Pazuzu, Ulcerate czy Draconian. Z rodzimego podwórka sięgaliśmy po Odrazę, Dolę, Lunatic Soul albo Dopelord. Sprzeczaliśmy się o Deftones i Marylina Mansona, oraz pogadaliśmy o Emmie Ruth Rundle & Thou. Co to był za rok, ech!

Zapraszamy do podsumowania roku 2020 według redakcji KVLT!


Marcin “Mały” Brzeźnicki

Gdy rozmyślam o 2020 roku w mojej głowie roi się od emocji i pytań. Coś, co wydawało się niemożliwe, sparaliżowało wiele odnóg przemysłu muzycznego, a moim jedynym poważniejszym koncertem w 2020 okazał się gig Leprous w końcówce lutego. Straszne! Jednak każdy kij ma dwa końce i tragiczny stan wszelakich eventów został zastąpiony przyspieszonymi premierami płyt, wieloma ciekawostkami typu „covideo” czy streamami. Liczba dobrych premier w moim uznaniu znacznie przewyższa lata wcześniejsze. Przejdźmy zatem do mojego podsumowania, w którym jak zwykle znajdzie się wiele nieoczywistych  i odbiegających od trendów wyborów. Zaznaczam również, że chciałbym mieć nieco więcej czasu na odsłuch nowości w 2021 niż w roku poprzednim.

  1. Benediction – „Scriptures. Nie mogło skończyć się inaczej. Jeden z moich faworytów od zawsze. Zespół wrócił z oryginalnym frontmanem i naprawdę potężnie brzmiącym oldschoolowym death metalem. Takiej energii i motoryki można pozazdrościć.
  2. Ulcerate – „Stare Into Death and Be Still”. Prawdziwa furia wymieszana z przepięknym klimatem. Pierwszy album Nowozelandczynów, który był w stanie mnie porwać całkowicie. Mało brakowało, a byłby to mój numer jeden na 2020.
  3. Tzun Tzu – „The Forbidden City”. Debiutant w moim odtwarzaczu, który przeorał mnie totalnie. Podobnie czułem się po pierwszym kontakcie z Nile, ekstrema i orient zagrane na najwyższym poziomie ma w sobie coś wysoce wyjątkowego.
  4. Maggoth – „Maggoth”. Czas na pierwszych krajan. Zespół na ostatnim krążku przebudował swój styl i uderzył w noise’owo złamcore’owe nuty, co w połączeniu z polskimi tekstami trafia bez pudła. Fani Kobong i Mojej Adrenaliny stanowczo powinni zapoznać się z tym krążkiem.
  5. Black Sabbath – „Paranoid (50th Anniversary Edition)”. Klasyki nigdy za wiele, a klasyki wygrywanej z czarnego krążka tym bardziej. Świetnie odświeżone brzmienie spowodowało, że słuchałem płyty z równą częstotliwością jak przy jej poznaniu (a może i intensywniej).
  6. Łona Webber – „Śpiewnik Domowy”. Nie słucham wiele polskiego hip hopu, ale do Łony zawsze będę miał sentyment. Jego język wypowiedzi, bogate słownictwo, sposób prowadzenia tekstu i wokalu to najwyższa półka. Śpiewnik Domowy może nie odkrywa na nowo rapu, ani nawet stylu rapera, ale jest dobrym rozwinięciem wcześniejszego, świetnego Nawiasem Mówiąc.
  7. Nasty – „Menace”. Czysta brutalność beatdownowców z Nasty łamie kości przy okazji każdej ich płyty. Styl zespołu nieco się rozwinął przez lata, ale sama siła pozostaje niezmieniona. Polecam wideo do 666AM – dobry kawałek i zabawny obraz.
  8. The Acacia Strain – „Slow Decay. Drugi przedstawiciel ciężarowców spod znaku beatdown i także prekursorzy tego, co dziś nazywamy deathcorem. Bardzo mroczny album, jestem pod wrażeniem, że zespół za każdym razem potrafi odkrywać swój styl na nowo i wbijać gwoździe miażdżących riffów.
  9. Mr. Bungle – „The Raging Wrath of the Easter Bunny. Jestem wielkim fanem twórczości Mike’a Pattona, a w crossoverowym repertuarze jeszcze go nie słyszałem. Energia, dynamika, humor i fantastyczni muzycy.
  10. Deftones – „Ohms. Po singlu Genesis miałem wrażenie, że ten album będzie na górze tego podsumowania. Niestety okazał się dla mnie nierówny i wiele kawałków, które mógłbym uznać za trzymające poziom Around the Fur czy White Pony jest uzupełnione dwoma/trzema nieco gorszymi, które troszkę psują obraz całości. Ostatecznie jednak to silna pozycja w dyskografii zespołu.


Rafał Chmura

Ten rok wszyscy zapamiętamy jako czas pandemicznej rzeczywistości, która mniej lub bardziej dotknęła każdy obszar życia. Brak koncertów, festiwali i różnej maści imprez, ogólna eventowa stagnacja. Ale miało to też dobrą stronę – zespoły pozbawione możliwości kontaktu z publicznością skupiły się na tworzeniu nowej muzyki. Było czego słuchać i było się czym cieszyć. Pod tym kątem rok 2020 zapamiętam jako czas wykorzystanych możliwości. Od bardzo dawna nie ukazało się tyle dobrych płyt.

  1. Afterbirth – „Four Dimensional Flesh”. Chyba każdy zespół marzy o takiej płycie –kłaniającej się nie zawsze oczywistej klasyce, a przy tym wyjątkowo świeżej. Death metalowa dzicz na niespotykanie wysokim poziomie uzupełniona potężnym bagażem techniki. Na dodatek jest to przebojowe. Wielki album.
  2. Benediction – „Scriptures”. Spośród wszystkich klasyków, jacy przemówili w tym roku, nowy album Benediction zrobił mi najlepiej. Powrót Dave’a Ingrama to najlepsze, co mogło się zdarzyć tym weteranom. Rozdane.
  3. Black Curse – „Endless Wound”. Absolutnie sensacyjny debiut Amerykanów. No ale stoją za nim duże nazwiska. Niezwykły mariaż death i black metalu podany w war metalowym sosie. I wszystko zaskakująco strawne, co czyni Endless Wound tegorocznym objawieniem w ekstremalnym graniu.
  4. Cirith Ungol – „Forever Black”. Ojcowie założyciele surowej, epickiej formy heavy metalu zakorzenionej w obskurnym, brzmieniowym barbarzyństwie powrócili w glorii i chwale. Jeśli chodzi o swoją niszę, to ten album zgasił światło.
  5. LJOSAZABOJSTWA – „Głoryja Śmierci”. Jedno z największych tegorocznych zaskoczeń. Skromny band z Białorusi pokazał, że w trupim, cmentarnym death metalu zaprawionym solidną dawką czerni, jest jeszcze sporo do powiedzenia.
  6. Marilyn Manson – „We Are Chaos”. Brian Warner nie przestaje zaskakiwać i nadal robi, co chce. Bawi się różnymi stylistykami, od popu, przez stadionowy rock, po nowoczesne formy i lepi z nich zestaw świetnych piosenek. Jak prawdziwy artysta.
  7. Martwa Aura – „Morbus Animus”. Polska jak black metalem stała, tak nadal stoi, co rok 2020 udowodnił po raz wtóry. Dużo dobrego, ale drugi album Martwej Aury zrobił mi najlepiej swoim szacunkiem do klasyki i swoistym, czarnym drivem.
  8. Napalm Death – „Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism”. Ten zespół ma tyle kapitalnych płyt, że wystarczy na długie lata. Czekałem na nową z szyderczym uśmiechem, że może pierwszy raz w życiu się potkną i coś im nie wyjdzie. Wyszło skubańcom wszystko wyśmienicie.
  9. Odraza – „Rzeczom”. Już sam fakt ukazania się tej płyty był sporą niespodzianką. Stawrogin udowadnia, że wyobraźni mu nie brakuje i odważnie nurza black metalową awangardę w miejskim syfie. Wciąż cuchnie, inaczej, ale cholernie wyraziście.
  10. Ulcerate – „Stare into Death and Be Still”. Z płyty na płytę coraz lepsi. To ciągle death metal z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale nowoczesna forma i lekko schizofreniczne oderwanie od ziemi sprawia, że Ulcerate dryfuje i stoi obok całego metalu.


Piotr Czwarkiel

Rok 2020 dla muzycznej sceny łaskawy nie był. Przez ten cały bajzel związany z Covidem mocno ucierpiały kapele, które nie mogły odbyć swoich tras koncertowych. Jednak jak widać, a przede wszystkim słychać, różne zespoły dostarczyły nam w tym roku naprawdę dużo dobrej muzyki. Jak rok temu nie miałem większych problemów z wytypowaniem TOP10, tak w tym roku stwierdziłem spory wysyp muzycznego urodzaju, dzięki czemu stworzenie podsumowania rodziło się w bólu.

  1. Akhlys Melinoë”. To klasa sama w sobie. Demoniczny charakter i pokręcone melodie to muzyka, w której Naas Alcameth odnajduje się najlepiej i wychodzi mu to praktycznie bezbłędnie. Więcej o tej płycie w mojej recenzji.
  2. Frayle 1962″. Debiuty mają to do siebie, że potrafią mocno namieszać, a w doom metalu ani Lucifer, ani My Dying Bride (obydwa uwielbiam) w tym roku nie nagrał lepszej muzyki.
  3. Night Crowned Impius Viam”. To kolejny świetny przykład, pokazujący jak zabójczo dobre potrafią być debiutanckie albumy (recenzja). Świeżość, czysta energia i multum aranżacyjnych pomysłów. To jedna z najdzikszych i melodyjnych płyt w black/death metalu tego roku. No i pełen szacunek za partie perkusji, które zagrał Janne Jaloma z Dark Funeral.
  4. Mysthicon Silvia Oculis Corvi”. Nie chcę się powtarzać, ale to kolejny debiut, który postanowiłem docenić. EPką narobili mi smaka, a pełna płyta pokazała tylko, że warto było czekać. Agresywny i momentami klimatyczny black/death z elementami doomu okraszony pokręconymi klawiszami, i odgłosami lasu oraz muzyką filmową w tle. Również pod kątem produkcyjnym jest to dla mnie jedna z trzech ulubionych płyt w tym roku (oprócz Darzamat i Odraza).
  5. Darzamat – „A Philosopher at the End of the Universe”. Długo czekałem na ten powrót. Z jednej strony liczyłem na porcję dobrej muzyki, z drugiej strony zaś „bałem się” jak ów powrót wyjdzie i zostanie przyjęty. Na szczęście muzyka Darzamat AD 2020 obroniła się bez dwóch zdań (pełna zgoda z recenzją kolegi) i z przyjemnością mogę ją umieścić w tym zestawieniu. Nawet brak partii klawiszowych wyszedł na dobre, a poza genialną sekcją instrumentalną duet głosów Flaurosa i Nery pięknie dopełnia całość.
  6. Odraza Rzeczom”. Nikt się tego nie spodziewał, ja również. Ale Odraza wróciła a świetnym stylu, co pokazuje bardzo równy i wysoki poziom płyty Rzeczom. Jedna z najciekawszych premiera na black metalowym poletku w naszym kraju.
  7. Give Up To Failure Burden”. Jako że nie samym metalem człowiek żyje, to nie mogę nie wspomnieć o niesamowicie klimatycznej płycie tego wrocławskiego ansamblu. Tutaj się miesza gotyk, post-rock z shoegazem i post-punkiem, wszystko to w chłodnej atmosferze, uatrakcyjnione nieco flegmatycznym i przygnębiającym wokalem.
  8. Draconian Under a Godless Veil”. Na zespole Draconian się jeszcze nie zawiodłem i z płyty na płytę dostarczają mi tego czego od nich oczekuję. Jest tu anielski głos, uzupełniony potężnym growlem, muzyka jest zarówno ciężka i melancholijna ale i pełna pięknych melodii. Płyta Under a Godless Veil jest świetnie wyważona i w pełni wpisuje się w mój gust, dzięki czemu wyróżniam ją w moim „Best of 2020”.
  9. Dola Dola”. Zespół do świadomości słuchaczy i mediów wdarł się momentalnie. Ich muzyka zawładnęła również i moim sercem. Tak ciekawego i mądrze posplatanego konglomeratu muzycznego (doom/sludge/black/free jazz) nie słyszałem dawno. Sztos konkretny!
  10. Na koniec, mój TOP10 zamykają ex aequo dwie pozycje z gatunku atmosferycznego black metalu. Są to: rosyjski EorontGods Have No Home oraz belgijski DéhàContrasts II. Te dwie pozycje to po prostu muzyczny majstersztyk. Jakichkolwiek słów bym tutaj nie użył, aby Was zachęcić, to nie oddadzą one stanu faktycznego. Po prostu posłuchajcie, nie pożałujecie.

Tuż za podium wspomnę o znakomitym albumie Vadera – „Solitude in Madness”, oraz wyjątkowo udanym powrocie rodzimego Nomad. Fascynację post-rockiem mam już za sobą, ale obok świetnej płyty Besides obojętnie się przejść po prostu nie da. Byłbym ignorantem, gdybym nie napomknął o debiucie polskiej i tajemniczej hordy Bestia (perkusję nagrał Pavulon), to po prostu kawał świetnie skomponowanego black metalu, okraszonego melodyką i potężną motoryką sekcji perkusyjnej. Słowa uznania skieruję jeszcze dla kapel Ikonodrama oraz Martwa Aura.
Poza granicami naszego kraju pojawiło się od cholery „złej” muzyki. Wspomnę chociaż o niemieckim Laere i EPce hordy Serpents, której nie powstydziłby się nawet Marduk! Również włoski Prison of Mirrors wypuścił diabelsko dobry album. Wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczyły nowe wydawnictwa Napalm Death i Igorrr. Z nie-metalowej muzyki bardzo szanuję nowy projekt Phila z Pantery, czyli En Minor, pokazujący zdecydowanie delikatniejsze i bardziej klimatyczne podejście do muzyki oraz debiutancki materiał polskiego synthowego projektu Doctor Visor.


Wadim Filiks

Największy minus pandemicznego roku 2020? Brak koncertów i przesunięcie terminów na przyszły rok. W okresie chwilowo zluzowanych obostrzeń udało się posłuchać najnowszego materiału kwartetu ARRM, podczas ich występu w katowickiej Katofonii. Był to jeden z niewielu jaśniejszych momentów mijającego roku. Jeśli zaś chodzi o nowości wydawnicze, to w moim odtwarzaczu bez zmian – królowały różne podgatunki black metalu na przemian z nordyckim folkiem w stylu znanej i lubianej Wardruny. Gdybym z kolei miał przyznać pozakonkursowe wyróżnienie, to powędrowałoby do Taco Hemingwaya za jego Jarmark – dosadny i szczery do bólu obraz współczesnej Polski i Polaków.

Oto dziesięć albumów z 2020 roku, które zrobiły na mnie największe wrażenie:

  1. Panzerfaust – „The Suns of Perdition – Chapter II: Render unto Eden”. Kanadyjska grupa black metalowa wjechała ze swoim najnowszym albumem pod koniec sierpnia i z miejsca zawładnęła moim odtwarzaczem. Pięć rozbudowanych utworów na płycie stanowiło pole do popisu dla wpadającego w ucho mariażu atmosfery i brutalności. Na uwagę zasługuje obecność cudownego głosu Marii Arkhipovej z rosyjskiej Arkony, stanowiącego delikatną przeciwwagę dla growli Goliatha. Ulubiony numer: Promethean Fire.
  2. Thou & Emma Ruth Rundle – „May Our Chambers Be Full”. Znając poprzednie dokonania artystów, można było się spodziewać bardzo ciekawej kolaboracji w ich wykonaniu. Z jednej strony sludge/doom w wykonaniu awangardowego Thou, z drugiej delikatne wokale Emmy, poruszającej się głównie w stylistyce folkowej. Efekt końcowy wyszedł znakomicie. Przy okazji warto zwrócić uwagę na wydane w tym roku przez Thou kompilacje ich starszych nagrań.. Ulubiony numer: Killing Floor.
  3. Forndom – „Faþir”. Szwedzki multiinstrumentalista Ludwig Swärd, występujący pod pseudonimem Forndom, uraczył nas swoim drugim albumem. Krążek ten wypełnił pustkę po najnowszej płycie Wardruny, której premiera została przesunięta na styczeń 2021. Faþir to niezwykle głęboka i klimatyczna porcja nordyckiego folku, która bez wątpienia należy do najlepszych wydawnictw w obrębie gatunku. Czekam z utęsknieniem na przełożony na przyszły rok krakowski koncert Forndom w towarzystwie Darkher i Devil’s Trade. Ulubiony numer: Yggdrasil.
  4. Dark Buddha Rising – „Mathreyata”. Trzy solidne propozycje z Finalndii, Oranssi Pazuzu, Havukruunu i Dark Budda Rising, ujrzały światło dzienne w 2020 roku. Z nich najczęściej wybierałem opcję trzecią. Ten dronowo-sludge’owy kwintet, opierając się na mantrycznych repetycjach w klimacie doom metalu, zbudował cudowny album, którego dźwięki dotykają mroczniejszej strony duszy. Jednocześnie Finowie wydali swój najlepszy krążek w karierze, do którego bardzo przyjemnie się wraca. Ulubiony numer: Sunyaga.
  5. Draconian – „Under a Godless Veil”. Po pięciu latach przerwy z nowym albumem powrócił jeden z najlepszych gothic doom metalowych zespołów na świecie. Stylistycznie wszystkie utwory są do siebie dość podobne, ale nie sposób odmówić Draconian umiejętności budowania wyjątkowej atmosfery. Szwedzi pokazali, że gotycki metal nie umarł, a obierając nowy, bardziej eteryczny, kierunek w swojej twórczości, wydali chyba najlepszy album w karierze. Ulubiony numer: Moon over Sabaoth.
  6. Odraza – „Rzeczom”. Do tej płyty robiłem kilka podejść, cały czas mając z tyłu głowy świetny debiut Esperalem Tkane z 2014 roku. Dopiero odrzucając porównania do poprzedniczki, byłem w stanie w pełni docenić tę płytę. Stawrogin po raz kolejny udowodnił, że w kraju nie ma sobie równych, jeśli chodzi o robotę za mikrofonem. Kompozycje śmierdzą obszczaną klatką schodową, a świetne teksty ukazują mroczne strony życia, w którym unosi się żal i nicość, okraszony stęchłym odorem taniej wódy. Najlepiej. Ulubiony numer: Rzeczom.
  7. Faidra – „Six Voices Inside”. Rewelacyjny debiut one-man-band ze Szwecji w klimatach atmosferycznego black metalu, który już przy pierwszym zetknięciu rodzi skojarzenia z twórczością Burzum. Sam artysta, który pozostaje anonimowy, nie kryje swoich inspiracji muzyką Vikernesa. Z tym że odwołuje się bardziej do czasów Filosofem, niż ostatnich ambientowych dokonań jednego z najsłynniejszych byłych więźniów w Norwegii. Faidra robi to dobrze, a mariaż metalu z elektroniką rodzi nadzieję na kolejne świetne albumy. Ulubiony numer: A Pact Amongst Wolves.
  8. Akhlys – „Melinoë”. Tego krążka nie mogło tu zabraknąć i pewnie znajdzie się w niejednym podsumowaniu najlepszych płyt 2020 roku. Wielu fanów twórczości Spanswicka okrzyknęło ten album hitem zanim jeszcze pojawił się pierwszy singiel. Osobiście na pierwszym miejscu stawiam krążek The Dreaming I, a tuż za nim wydany pod szyldem Aoratos Gods Without Name. Melinoë to rewelacyjny materiał, choć nie robi tak piorunującego wrażenia, jak wspomniane płyty. Tak czy inaczej, Akhlys to jeden z najciekawszych projektów black metalowych ostatniej dekady. Ulubiony numer: Ephialtes.
  9. Munknörr – „Eikthyrnir”. Niezwykle wciągające kompozycje z pogranicza muzyki nordyckiej, celtyckiej i szamańskiej. Mistyczny folk w najlepszym wydaniu. Znajdziecie tu tradycyjne instrumenty, jest klasyczny zaśpiew, ale są też partie śpiewane w współczesnym języku angielskim. Bardzo intrygująca przestrzeń, w której spotykają się ze sobą różne kultury i spojrzenia na muzykę ludową ze szczyptą nowoczesności. Ulubiony numer: Andi.
  10. Danheim – „Skapanir”. Jeszcze jedna propozycja ze świata nordic folk, tym razem od duńskiego multiinstrumentalisty, który swoją interpretację muzyki ludowej okrasza wyraźnymi ambientowymi wstawkami. Na krążku znalazły się też dwa udane duety z Heldom, który odważnie wykorzystuje elektronikę przy kreacji folkowych kompozycji. Warto sprawdzić również jego tegoroczną płytę, jeśli lubicie wikińskie klimaty w muzyce. Ulubiony numer: Faldne.


Annika Gucwa

Z jednej strony w tegorocznym zestawieniu nie zabrakło albumów, które idealnie sprawdziłyby się w roli ścieżki dźwiękowej do apokalipsy, jednak w dziesiątce wydawnictw, które najbardziej do mnie przemówiły, znalazły się również płyty, których oniryczny charakter, hipnotyzujące brzmienie i podszyte mrokiem piękno kreują całkowicie inne pejzaże dźwięku. Bywało, że spodziewałam się znacznie więcej od wyczekiwanych albumów, które nie znalazły się w rankingu, jednak – na szczęście – do zestawienia trafiły wydawnictwa, które okazały się zaskakujące w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dzielę się z Wami wydawnictwami, dzięki którym 2020 był nieco łatwiejszy do przetrwania.
Kolejność alfabetyczna.

  1. Auðn – „Vökudraumsins fangi”. Nie ma wątpliwości, że islandzcy black metalowcy utrzymują swoje dzieła na bardzo wysokim poziomie i nawet w pozornie spokojniejszych momentach swojej twórczości nie dają słuchaczom wytchnienia. Dźwiękową nawałnicę potrafią doskonale zrównoważyć akustycznymi, przepełnionymi melancholią i niepowtarzalnym klimatem wstawkami, a ich najnowszy album wciąga bez reszty. Ciężko się od tej płyty uwolnić (jak sugeruje zresztą tytuł „więzień snu na jawie”), ale z drugiej strony, kto chciałby uciekać od tak znakomitej muzyki?
  2. Draconian – „Under a Godless Veil”. Sovran, pierwszy album zespołu z wokalistką Heike Langhans, nie mógł się doczekać lepszego następcy. Przepiękny głos Langhans w połączeniu z ciężkością doomowych riffów to mistrzowskie zestawienie, w którym Draconian chyba nie mają sobie równych. Miejscami album przygniata z ciężkością całunu, w innych utworach granica pomiędzy nastrojem niepokojącej sennej wizji a atmosferą rodem z koszmaru jest cienka niczym tytułowy woal.
  3. Gaerea – „Limbo”. Wydawnictwo od razu trafiło w mój gust, ale potrzebowałam czasu, żeby w pełni docenić album Portugalczyków. Dopiero po pewnej ilości odsłuchań mogłam śmiało stwierdzić, że brzmienie zmusza do zawieszenia się w stanie swoistego limbo i pogrążenia w dźwiękowej otchłani. Ponadto Gaerea nie stawiają na bezduszne, pozbawione oryginalności rąbanki, jakich w black metalu pełno. Zamiast oddawać w ręce słuchaczy mało przemyślane, bazujące jedynie na agresji i szybkości utwory, enigmatyczny zespół może pochwalić się zróżnicowaniem tempa w swojej twórczości oraz aurą na tyle tajemniczą, że daje poczucie upadku wprost do mrocznego limbo.
  4. Kalt Vindur – „…And Nothing is Endless”. Kolejny udany i niesamowicie wciągający album Kalt Vindur, w którym dzikość i surowy klimat black metalu oraz melodyjne fragmenty są idealnie wyważone. Otrzymujemy więc z jednej strony diabelnie efektowne nagromadzenie dźwięków i zasługujący na pochwałę demoniczny, skrzeczący wokal Celsusa, a z drugiej zawieszone w przestrzeni, niezwykle klimatyczne riffy. Wciągające bez reszty kompozycje, w których melodie subtelnie dopełniają atmosferę grozy, towarzyszą słuchaczom podczas dalszej podróży przez …And Nothing is Endless.
  5. Konvent – „Puritan Masochism”. Nie byłoby przesadą stwierdzić, że debiut Konvent okazał się dla mnie odkryciem roku. Death metalowa moc i charakterystyczna dla doom metalu posępność zostały perfekcyjnie połączone na krążku duńskiego kwartetu, a zespół czerpie z obu muzycznych światów, dbając o budowanie apokaliptycznej atmosfery. Ich kompozycje nabierają charakteru ścieżki dźwiękowej na Dzień Ostateczny, w których marszowe, akcentowane uderzeniami perkusji tempo i gitary wprawiające swym brzmieniem w trans skłaniają słuchaczy do zanurzenia się w budowanej przez zespół gęstej, przesyconej mrokiem atmosferze. Mistrzostwo.
  6. Lamia Vox – „Alles ist Ufer. Ewig ruft das Meer”. Słuchając tego albumu, ani przez chwilę nie wątpiłam, że czeska artystka tworząca pod pseudonimem Lamia Vox zajmuje się nie tylko nagrywaniem hipnotyzującej muzyki, ale wprost wyczarowuje krajobrazy dźwięku utrzymane w dark ambientowej stylistyce. Wspomniany w tytule wydawnictwa „wieczny zew morza” niesie ze sobą prawdziwą moc wprawiania słuchaczy w trans, a momentami sprawia, że myślami można zawędrować naprawdę daleko, co zwłaszcza w tak przygnębiającym roku jest czymś, co wyjątkowo sobie cenię.
  7. Molasses – „Through the Hollow”. Niezależnie od tego, za co zabierze się Farida Lemouchi, wokalistka dawnego The Devil’s Blood, w jej muzycznym dorobku nie sposób znaleźć nieudanego czy zwyczajnie nudnego materiału. Z projektem Molasses sprawa ma się podobnie: wraz z artystami współtworzącymi niegdyś The Devil’s Blood dawna frontwoman grupy decyduje się na psychodeliczne klimaty charakteryzujące się zarówno rockową chwytliwością, jak i rytualnym zacięciem.
  8. Molchat Doma – „Monument”. Pochodzące z Białorusi trio ponownie stawia na chwytliwe, ale niepozbawione melancholijnej atmosfery brzmienie – i bardzo dobrze, bo post-punk w wydaniu Molchat Doma sprawdza się doskonale. Świetnie wyeksponowany bas nadaje albumowi kołyszącego rytmu, a wokal Egora Shkutko brzmi wprost jak stworzony do post-punku zgrabnie przechodzącego w chłodne dźwięki new wave/dark wave.
  9. My Dying Bride – „The Ghost of Orion”. Ikona doom/death pozostaje konsekwentna w swojej artystycznej wizji i wciąż ma wiele do powiedzenia w wybranym stylu muzycznym. Jest posępnie oraz ciężko, niemal przytłaczająco, a wiele z zapętlonych na krążku motywów wwierca się w czaszkę. Dzięki przygniatającym doomowym zwolnieniom oraz złowrogim, zgrabnie skrojonym riffom, materiał zespołu jest dobrze przemyślany i wyważony, ale nie nużący – na tym spójnym wydawnictwie nie uświadczymy bowiem zapychaczy. Nie sposób doszukać się w dyskografii Brytyjczyków słabych punktów i The Ghost of Orion tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu.
  10. Sylvaine/Unreqvited – „Time Without End”. Chociaż u wszechstronnej i utalentowanej Kathrine Shepard, tworzącej pod pseudonimem Sylvaine, piękno muzycznych harmonii i fenomenalnego wokalu współgra z chłodnym brzmieniem i mocniejszym, metalowym uderzeniem, na splicie z kanadyjską artystką-założycielką projektu Unreqvited miałam okazję posłuchać twórczości Sylvaine w nieco innej odsłonie. Dużym plusem splitu jest to, jak dobrze minimalistyczne, ale poruszające kompozycje Sylvaine uzupełniają się z utworami Unreqvited o bardziej atmosferycznym charakterze.


Jakub Milszewski

  1. Cattle Decapitation – „Death Atlas”. Oszustwo, bo Death Atlas ukazała się z końcem listopada 2019, nie interesuje mnie to jednak kompletnie, bo była to dla mnie najważniejsza płyta 2020 roku w każdym kontekście. Po pierwsze – fenomenalna muzycznie. Do szału i niezmierzonych pokładów brutalności, z której Cattle Decapitation są powszechnie w branży znani, doszła większa ilość tych wykręconych, dzikich wokaliz Travisa Ryana. Na dodatek dzieje się tu tyle, że człowiek nie zdąży zapoznać się z jednym, a tu już pali się kolejne. Po drugie, Amerykanom udało się niczym ze szklanej kuli wywróżyć, w jak wielkiej dupie będziemy w 2020 roku, no brawo, mogliście ostrzec, chociaż w sumie przecież to zrobiliście. Zacierałem sobie do bólu łapki na koncert Cattle Decapitation, który miał się odbyć w Gdańsku dokładnie w moje urodziny, a został odwołany ze względu na pandemię. Dlatego też każdego dnia 2021 roku, kiedy będę się spodziewał apokalipsy, czyli zapewne dosłownie KAŻDEGO DNIA, będę odpalał Death Atlas. To jedyny prawowity soundtrack do końca świata.
  2. Havok – „V”. Jestem zdziwiony, że ten album pomijany jest w rocznych podsumowaniach. Dla mnie właściwie z miejsca stał się centralnym krążkiem współczesnego thrash metalu. Nienaganna technika, produkcja dopracowana do najmniejszych detali, bombastyczny talent do pisania naprawdę dobrych numerów – to wszystko znajdziecie na V. Havok wypisali się tym albumem z debilnych zawodów „kto szybciej”, bo wcale nie ma tutaj prędkości rodem z F1. Są za to echa najlepszych czasów Megadeth czy Annihilator, czyli klasyków technicznego thrashu, i potęga wściekłości, bo Havok są tu naprawdę wkurwieni. Sanchez, Webber, Scruggs i nowy basista Bruce nadali trochę zwietrzałej stylistyce nowy gniew. Szalenie niebezpieczna to płyta, będąca zarazem pochwałą muzykalności i wynosząca ją na piedestał.
  3. LIK – „Misanthropic Breed”. Wrzućcie do jednego wora klasyczny szwedzki death metal spod znaku piły mechanicznej, gości, którzy mają w CV takie nazwy jak Grave, Carnal Forge, Witchery, Katatonia, Bloodbath, The Resistance czy Nightrage i rozbudzone ambicje. Z równania wyjdzie wam niechybnie LIK, całkiem nowa szwedzka maszyna do cięcia kości. Na trzecim longpleju wciąż nie ma ani krzty niczego, czego nie chcielibyście w swoim metalu śmierci, jest za to całe mnóstwo flaków, rozpędzonych gitar, chłoszczącej perkusji i hołdów dla tuzów gatunku. Bądźmy jednak szczerzy – LIK właśnie do nich dołączył.
  4. Dopelord – „Sign of the Devil”. Jeśli Hydra jest klasycznie doomowa, to tegoroczny Dopelord to definicja gatunku stoner-doom. Wszystko, ale to WSZYTKO się tu zgadza. Potępione brzmienie, potęga TYCH riffów, obłędne wkręcanie się w głowę poszczególnych numerów, nawet często bagatelizowane w tej muzyce teksty. Do tego leciutkie eksperymenty tu i tam. Tak powstała płyta, która w momencie premiery stała się klasykiem w swojej niszy i będzie punktem wyjścia dla kolejnych grup chcących sięgnąć tego poziomu. Hail Satan!
  5. Hydra – „From Light To the Abyss”. Jak debiutować, to w taki sposób. Jak nagrywać płyty – niezależnie na jakim etapie kariery – to takie. From Light To the Abyss to kapitalny krążek Hydry, grupy która tym samym przebojem wdarła się na rodzimą stoner-doomową scenę. Jest obłędnie melodyjna, pełna melancholijnych ciężarów i klasycznie doomowa. Zespół dosypał do swojej muzyki jednak bardzo dużo przystępności, sprawiając, że album będzie się podobał niezależnie od tego, jak bardzo jest kto za pan brat z Candlemass czy Pentagram. Hail Hydra!
  6. Sepultura – „Quadra”. Jeśliś jest jednym z tych dziadersów, krzyczących przy każdej fejsbukowej okazji o tym, że Sepultura bez Maxa to nie Sepultura, to niczym Morawiecki w sprawie Sylwestra ślę apel: umrzyj i daj żyć zarazem. Quadra oczywiście żadnej takiej marudzie oczu nie otworzy, bo do widzenia potrzebny jest też mózg, ale nikomu na tym nie zależy, a jestem przekonany, że Andreasowi Kisserowi już najmniej. Chłopak nie ściga się z legendą własnego zespołu już od lat, wypuszczając ciekawe płyty, a skonstruowana z czterech różnych, ale równoznacznych części Quadra jest tego najlepszym dowodem. Sepultura podsumowuje tu wszystko, co działo się u niej od momentu finalnego zrzucenia bierzma Cavalerów, czyli od wydanej w 2009 roku płyty A-Lex pierwszej bez któregokolwiek z braci na pokładzie. A że był to okres bardzo udany artystycznie, to i Quadra jest po prostu bardzo dobrym albumem. Sepultura odkryła tu dla siebie na nowo i thrash, i groove, i symfoniczne wstawki, i klasyczny heavy metal, znajdując też czas na poszukanie kolejnych nowych sobie elementów. Dodatkowe plusiki za jeszcze jedną redefinicję roli Greena, za ponowne rozbudzenie muzycznej wyobraźni u Kissera i po raz kolejny za pokazywanie światu genialnego szaleńca Casagrande.
  7. Shodan – „Death, Rule Over Us”. Bardzo cenię sobie debiutancki longplej Shodan zatytułowany Protocol of Dying, toteż byłem niezmiernie ciekaw, w jaki sposób kwartet będzie chciał rozwinąć pomysł na siebie. Death, Rule Over Us przyniósł z jednej strony więcej nawiązań do klasyki gatunku, niejako rozjeżdżając się z moją opinią na temat stylu, w jakim utrzymany był poprzedni album zespołu, z drugiej jednakże wciągnął na pokład zimny charakter majestatyczności. Shodan to wciąż współczesny do bólu death metal środka, miotający po prostu fajnymi riffami i niebezpiecznym groove, ale tym razem pokazuje też swoje nieco mroczniejsze oblicze.
  8. Oceans of Slumber – „Oceans of Slumber”. Jeśli Oceans of Slumber wydają nowy album, to mają bardzo dużą szansę na to, że będę zasłuchiwał się nią godzinami. Nie inaczej jest z tegorocznym krążkiem, choć, muszę przyznać, miałem obawy. Po wymianie 4/6 składu, który stworzył chwytające za serce Winter i The Banished Heart, brałem pod uwagę, że ewolucja może się nie udać. A jednak – Oceans of Slumber to kolejna w dyskografii grupy kolekcja wykwintnych, przesmutnych i przemrocznych kompozycji z obrzeży doom metalu i progu. Choć może kolorów jest tu nieco więcej, może nawet pojawia się w tej desperacji jakaś nutka nadziei, to Oceans of Slumber pozostają najbardziej przejmującym zespołem świata. Na dodatek wykwintnym muzycznie – Dobber Beverly jest bez dwóch zdań jednym z najlepszych perkusistów na planecie, a za głosem Cammie Gilbert pójdę w ogień. Dodatkowe ukłony przesyłam za fenomenalny cover Strange Fruit (również opublikowany w tym roku, ale niezamieszczony na albumie), pokazującym ostatecznie, że Oceans of Slumber nie boją się mieć znaczenia.
  9. Draconian – „Under a Godless Veil”. W kategorii smutków powrót Draconian zwyciężył u mnie m.in. z udanymi, choć przewidywalnymi nagraniami My Dying Bride czy Paradise Lost. Under a Godless Veil to przykład zdecydowania i podążania w wyznaczonym kierunku niezależnie od okoliczności. Album może i jest polepiony z prostych składowych, ale są one najwyższej jakości. Na tę czarną woalkę nawet nie trzeba się zgadzać, ona nakrywa słuchacza niezauważalnie, choć skutecznie. Płyta to bardzo sugestywna, klasyczna dla gatunku, nie wybiegająca poza założone ramy, po prostu kompletna i perfekcyjnie napisana. Takich zim, jaką zaserwował nam w tym roku Draconian, nie wspominają nawet wąsaci wujowie.
  10. Anaal Nathrakh – „Endarkenment”. Kolejna brytyjska grupa z gatunku tych najbrutalniejszych, która w 2020 roku wydała album zarówno dobry, jak i ważny w swoim kontekście. Zaczynam mieć wrażenie, że to brexitowi zawdzięczamy to, że gwiazdy brytyjskiej ekstremy nagrywają rzeczy mądre. Anaal Nathrakh co prawda nie są może już tak szaleni, jak im się zdarzało, ale wciąż nie do pokonania w swojej lidze. Po raz kolejny do wariactwa dodają wręcz klasyczne melodie i wymuskaną produkcję, dając nam album boleśnie punktujący społeczną ciemnotę i malujący przyszłość w czarnych barwach. Być może Anaal Nathrakh nie imponują mi już tak bardzo, jak jeszcze kilka lat temu, być może więcej tu metalowych hitów pokroju Forward! z poprzedniego krążka, ale wciąż mało kto może brać się z Kenneyem i Huntem za bary.

Dodatkowo:
Napalm Death – „Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism”
Ulcerate – „Stare Into Death And Be Still”
Plague Years – „Circle of Darkness”
Banisher – „Degrees of Isolation”
Of Feather and Bone – „Sulfuric Disintegration”
Gaerea – „Limbo”
Urfaust – „Teufelgeist”
Leshy – „Psychopomp”
Kill the Lights – „The Sinner”
Wayfarer – „A Romance With Violence”
Cult of Lilith – „Mara”


Paweł Lach

  1. Akhlys Melinoë”. Melinoë to dziki, przesiąknięty jadem, ale przemyślany, podany z rozmachem black metal. Robotę robi tu nieziemska produkcja. To ten rodzaj muzyki, którą się chłonie i nie analizuje. Po prostu propozycja Amerykanów wciąga swą piekielną, rytualną atmosferą wzniosłego obcowania ze złem.
  2. Deftones Ohms”. Tak, Deftones używa wciąż talii tych samych, zgranych (?) kart, ale co z tego? To połączenie brudu z rozmyciem, cięższych gitar z psychodelicznym błądzeniem, wrzasku ze śpiewną melorecytacją, wciąż okazuje się być atrakcyjne. Przynajmniej dla mnie. Po płycie Gore powrócili na listę moich ulubionych zespołów, a dzięki Ohms się na niej okopali.
  3. Oranssi Pazuzu Mestarin kynsi„. Cenię sobie takie błądzenie pomiędzy różnymi muzycznymi światami, na granicy szaleństwa, śmiałe, pozbawione zahamowań, ekstremalne, a jednak potrafiące przykuć uwagę. I taka jest ta płyta. Oczywiście, kto znał wcześniejsze dokonania Finów, ten nie będzie szczególnie zaskoczony, ale warto się zapoznać.
  4. Draconian Under a Godless Veil”. Lubię czasem okryć się kirem melancholijnych, snujących się, żałobnych, a jednak urokliwych dźwięków, a Draconian otula nimi skutecznie. Mam wrażenie, że Szwedzi po prostu potrafią łączyć klimat z ciężarem (i mowa tu konkretnie o Draconian, jak i całej nacji). Dobra rzecz na mroczne, smętne, lekko depresyjne wieczory.
  5. Enslaved Utgard”. Bardzo stylowa mieszanka wszystkiego, czego można by się było po Norwegach spodziewać. Wiele klasycznych wątków od tradycyjnego metalu przez black i death, po bardziej eksperymentalne dźwięki. Zbiór różnorodnych piosenek, które słuchałem w dziwnym roku 2020 z duża satysfakcją.
  6. Messiah Fracmont”. Mam wrażenie, że album powracającej do gry legendy przeszedł jakoś bez echa (choć może mi coś umknęło). A to byłaby straszna niesprawiedliwość, bo seniorzy wydali rzecz nie tylko wybitnie oldschoolową, ale wybitną po prostu, stanowiącą lek na zbolałe serce metala, który rozmyśla nad sentencją poety: „ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!”. Otóż na „Fracmont„. Tu jest to, czego czasem w nowomodnych produkcjach metalowych próżno szukać.
  7. Thou Blessings of the Highest Order”. Bardzo lubię Nirvanę. Cenię sludge’wy ciężar i brud. Biję brawo tym, którzy potrafią przerobić czyjeś piosenki na swoją modłę, a przy tym nie uronić z ich pierwotnej esencji tego, co najlepsze. A na tym albumie wszystko to dostaję zmiksowane bezbłędnie
  8. Blokowisko Płonie”. Z różnych post-punkowo/elektronicznych formacji Blokowisko przemawia do mnie w sposób szczególny. No niby ten duet bawi się znanymi schematami, niby w ich twórczości słychać rozliczne nawiązania (Aya RL zwłaszcza, Tilt, późna Siekiera, Janerka, dubowy Izrael), ale udaje się przywołać bezbłędnie ducha lat 80. i stworzyć jakąś interesującą, wielkomiejską, chłodną atmosferę zadumy.
  9. Myrkur Folkesange”. Ucieszyłem się na wieść, że Myrkur chce nagrać folkową płytę. W pamięci mam jej krakowski koncert, którego akustyczna część bardziej podobała mi się od tej metalowej. Pewnie jeszcze bardziej byłbym rad, gdyby numery z „Folkesange” celowały w mniej popowe aranżacje. Ale jednak nowa muzyka od Myrkur działa kojąco, wycisza, pozwala odetchnąć, a to niezwykle cenne w niespokojnych czasach.
  10. Lunatic Soul Through Shaded Woods”. Siła znakomitych melodii i aranżacji. Trochę progresywnego zacięcia, sporo folkowego klimatu, popowe, niemniej jednak szlachetne tematy, czasem szczypta elektroniki i mocniejszych dźwięków.  Mariusz Duda znowu ukazuje pełnię swego talentu.


Mikołaj Kobielski

  1. Oranssi Pazuzu Mestarin kynsi”
  2. Ulver Flowers of Evil”
  3. Thy Catafalque Naiv”
  4. Imperial Triumphant Alphaville”
  5. Dan Terminus Last Call for All Passengers”
  6. Lustmord Trinity”


Joanna Pietrzak

  1. Sweven The eternal resonance”. Początek pandemicznego szaleństwa spędziłam na poszukiwaniu właściwej drogi do zorganizowania sobie życia na nowo i właśnie ta płyta wtedy mi towarzyszyła. Trudna, długa, niekoniecznie łatwa do sklasyfikowania, progowa, przepiękna. Numer jeden 2020 absolutnie.
  2. Oranssi Pazuzu Mestarin kynsi”. A z tą płytą spędziłam lato, oczywiście czując się nieswojo bez żadnych planów festiwalowych. W tym niepokoju Mestarin kynsi wpasowała się idealnie. Uwielbiam takie balansowanie na krawędzi różnych gatunków, ale złożone w całość tak, że mimo pozornego chaosu i szaleństwa, wszystko się ze sobą zgadza. I co za klimat! Genialny album.
  3. Nothing but Thieves Moral Panic”. To teraz zwrot akcji. Fanką tych dzieciaków jestem stosunkowo od niedawna, jednak czuję, że zostanę tu na dłużej. Moral Panic może nie jest aż tak przebojowe jak Broken Machine, ale pomysłowością, aranżami i świetną chwytliwością numerów przebijają jak dla mnie każdy pop-rockowy projekt roku 2020. Fajne zmiany tempa, fantastyczna perkusja i elektronika, nieliche liryki i ten cholernie dobry wokal… Miód!
  4. Puscifer Existential reckoning”. Być może jestem szalikowcem Maynarda Keenana i jego projektów, ale nic sobie z tego nie robię i chłonę każdy jego produkt jak gąbka. W przypadku ostatniego Puscifera uwagę zwracają liczne warstwy każdego utworu, genialna produkcja i chórki, które w takim wydaniu jestem skłonna tylko tu zaakceptować. Existential reckoning przeszedł bez większego echa, a szkoda.
  5. Imperial Triumphant Alphaville”. W rekomendacji tego albumu mój drogi przyjaciel stwierdził, że tak musi brzmieć moja głowa podczas wzmożonej pracy, od skrajności w skrajność. Cóż, coś w tym może być. Jak się bawić, to się bawić, drzwi wywalić, okna wstawić. A oni weszli z futryną i nie wyszli, póki nie zostawili pożogi. Tak jak lubię!
  6. Lunatic Soul Through Shaded Woods”. O projektach Mariusza Dudy mogę opowiadać godzinami; co jakiś czas odkrywam na nowo każdy z nich i co roku (!) nie mogę sobie odmówić tej pięknej melancholii dopracowanej w najmniejszych detalach. A jak to wszystko jest wydane, o niebiosa…
  7. Paul McCartney McCartney III”. W tym roku zostałam też dziadem. Takim z wysmakowanym gustem i kieliszkiem koniaku w dłoni, wiadomo. Oszukuję. Kielonek zamieniam na Jamesona, a razem z Sirem Paulem (78-letnim Beatlesem!), który na ostatniej prostej w grudniu 2020 wydał McCartney III, bujam się uroczyście i odpoczywam od wszystkich powyższych atrakcji. Cudowna, ciepła, z humorem, świetnie wyprodukowana płyta. Tak brzmią dobre piosenki.

Dodatkowo wyróżnienia z minusami:

Pallbearer Forgotten days” (za długa)
Elder Omens” (zbyt pasująca do tła, za mało wciągająca na dłużej)
Ulcerate Stare Into Death And Be Still” (tło idealne)
Ulver Flowers of Evil” (zapominam od połowy)
Deftones „Ohms” (od połowy wchodzę w album)
Daniel Tompkins Ruins” (ciągle to samo, ale inaczej zagrane)


Łukasz Walas

Rok 2020 na pewno przejdzie do historii jako jeden z tych zdecydowanie mniej udanych. Na tyle, na ile krążyłem po wydanych w minionych 365 dniach wydawnictwach, również pod względem wydawniczym nie znalazłem zbyt wielu fajerwerków czy zaskoczeń. Kilka takich pozycji jednak ujrzało światło dzienne, a oto one:

  1. Dola – „Dola”. O debiutanckim krążku Doli powiedziano już wiele, ja sam w momencie premiery uznałem go za debiut roku, a przecież był to dopiero luty. Swoje zdanie podtrzymuję – zespół wziął wszystkich z zaskoczenia, stworzył coś wspaniałego i niezapomnianego. Kapela przebąkiwała już coś o albumie numer dwa, pozostaje mieć nadzieję, że trio nie zostanie przygniecione ciężarem oczekiwań, które niewątpliwie będą wysokie.
  2. Azarath – „Saint Desecration”. Wysoki poziom nowego albumu Azarath szczególnie dziwić nie może, wszak w swoim katalogu nie mają żadnych nieudanych pozycji. Siódmy długograj zespołu z Tczewa to świetny mariaż bezkompromisowego podejścia znanego z pierwszych trzech albumów z tym bardziej melodyjnym wydaniem zespołu, które prezentowane było od czasu Praise the Beast. Płyta roku? Całkiem możliwe.
  3. Deus Mortem – „The Fiery Blood”. Pozycja zespołu Necrosodoma na polskiej scenie blackowej ciągle rośnie. Tego, że nowa EPka hordy z Wrocławia będzie znakomita również należało się spodziewać, o niespodziance i przypadku nie ma tutaj mowy. Wielka szkoda odwołanych koncertów, ale to zapewne uda się odrobić w przyszłym roku.
  4. 16 – „Dream Squasher”. Weterani sludge’u powrócili z najlepszym albumem od wielu lat. Dream Squasher to prawdziwa uczta dla fanów gatunku i ostateczny dowód na to, że Amerykanie mają jeszcze sporo do powiedzenia.
  5. Martwa Aura – „Morbus Animus”. Obok Azarath i Deus Mortem nowy krążek Martwej Aury to dla mnie TOP3 polskiej ekstremy w ubiegłym roku. Pod tym względem 2021 ma naprawdę wysoko zawieszoną poprzeczkę.
  6. AC/DC – „Power Up”. Po nowym, najprawdopodobniej ostatnim albumie australijskich legend hard rocka nie spodziewałem się za wiele, jak dla mnie zespół od czasu The Razor’s Edge nie wydał niczego godnego uwagi. Ależ się myliłem! Choć zdania są podzielone, to dla mnie Power Up jest bardzo dobrym zwieńczeniem tej długiej i owocnej kariery. Gratulacje.

Jak na 2020 przystało, znalazły się też i rozczarowania :

  1. Marilyn Manson – „We Are Chaos”. Spoglądam na ten krążek już nieco cieplej niż przy okazji recenzowania go, jednak nie zmienia to faktu, że nadal jestem rozczarowany tym, jak bardzo jest nierówny. Odsłuchów było wiele, finalnie na dłużej zostaną ze mną tylko cztery numery z dziesięciu. Po trzech udanych albumach z rzędu należałoby spodziewać się więcej.
  2. Pearl Jam – „Gigaton”. Nowe dziecko Pearl Jam trafia tutaj głównie z powodu rewelacyjnego singla Dance of the Clairvoyants, który rozbudził oczekiwania i nadzieje fanów. Skończyło się jak zwykle, a w sumie to nawet nieco gorzej – najdłuższy z albumów legend grunge’u jest też przy okazji najgorszy i najnudniejszy.
  3. Behemoth – „A Forest”. Najnowszej EPki Pomorskiej Bestii oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć, choć powodem tego jest tylko i wyłącznie bestialski mord dokonany na legendarnym numerze The Cure. Miało być pięknie, a wyszło przeciwnie.
  4. Danzig – „Danzig Sings Elvis”. Skończ waść, wstydu oszczędź. Tyle, że sobie. Album z Glennem Danzigiem coverującym Elvisa Presleya jest tak  słaby, że stanowi idealne podsumowanie minionych dwunastu miesięcy i prawdopodobnie jest najgorszym krążkiem, jaki w tym roku słyszałem (choć w chwili pisania tekstu przede mną jeszcze nowe Destroyers, więc możliwe, że zapeszam).


Damian „Synu” Wiśniewski

Nie będę w tym roku snuł rozważań o tym, jak szybko zleciało minione 12 miesięcy, bo boję się o swoje samopoczucie i kondycję psychiczną. Bez zbędnych wstępów przywołam więc kilka tytułów które w tym roku zrobiły mi wyjątkowo dobrze. Tym razem bez podziału Polska/Świat, bo ten drugi został w 2020 daleko w tyle.

Kolejność bez znaczenia:

  1. Odraza – „Rzeczom”. Gdy wielu wydawało się, że Odraza zakończyła działalność na jednym albumie, Priest i Stawrogin postanowili powiedzieć jeszcze kilka słów. Bardziej (choć wciąż post) black metalowo niż na Esperalem Tkane, z muzyką i tekstami do rozkładania przy wielu seansach. Ważny album.
  2. Kły – „Wyrzyny”. Tym razem Kły postanowiły zabrać słuchaczy na grzybobranie. Pełne dziwnych dźwięków, wizji i spoglądania zarówno w niebo, jak i własne wnętrze. Album równie dobry (jeśli miejscami nie lepszy) od debiutu.
  3. MAG – „MAG”. Kamraci z mojego miasta, to jednak nie lokalny patriotyzm jest w mojej sympatii do Maga czynnikiem decydującym. Jest nim za to pięknie okopcony doom metal ze szczyptą bm, skąpany dodatkowo w gęstym sosie ziołowego dymu i prozy Lovecrafta. Widziałem na żywo 2 razy i wsiąkłem jeszcze mocniej.
  4. Martwa Aura – „Morbus Animus”. Dużo w zestawieniu black metalu, bo już od lat to właśnie w tym gatunku dzieją się rzeczy najciekawsze. Poznaniacy pokazują jego bardziej klasyczną i bezpośrednią twarz, dowodząc, że nawet na tym gruncie wciąż da się solidnie rozdać.
  5. Glacier – „The Passing of Time”. W tym roku nie raczyłem uszu nadmierną ilością heavy metalu, ale ten album już od pierwszej rundy chwycił mnie za fraki i solidnie je wymiął. Zaklęty w bańce czasu (co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że historia składu sięga lat 70-tych), przepełniony duchem klasycznego metalu materiał. Cudo.
  6. Hydra – „From Light to the Abyss”. Kolejna w zestawieniu płyta z labelu Piranha Music. Stoner/doom grany w hołdzie Black Sabbath, odsłuchiwany w Wehikule Tajemnic podczas kolejnej podróży do opuszczonej, bagnistej rezydencji. Zabieram się na stopa i nie chcę wysiadać.
  7. Lunatic Soul – „Through Shaded Woods”. W słowniku Mariusza Dudy słowo „odpoczynek” zamazane jest czarnym flamastrem. Tym razem (na siódmym w 12-letniej historii LS albumie) towarzyszymy mu w spacerze po zacienionym lesie, w którym nie brakuje jednak promieni słońca, radości i pozytywnych emocji. Bardzo ciepła płyta.
  8. Necrophobic – „Dawn of the Damned”.  Nr 1 roku 2020 w kategorii „muzyka rozrywkowa”. Szwedzi wykuli tak hiciarski, pełen przebojów, dobrej melodii i chwytliwości album, że ręce same składają się do oklasków. Do teraz słucham biegając, czy jeżdżąc samochodem i nie widzę na horyzoncie symptomów zmęczenia tym materiałem.
  9. Deus Mortem – „The Fiery Blood”. Choć to tylko EP-ka, Deus Mortem wycięli nią w zeszłym roku dużą część peletonu. Jest zarówno klasycznie (wręcz w duchu Thunderbolt), jak i diabelsko klimatycznie. 4 ciosy wystarczają, by szukać zębów na chodniku.
  10. The Committee – „Utopian Deception”. Bardzo mgłowy, nie pozbawiony przy tym jednak znamion jakościowych materiał. 3 kwadranse upływają przy tej muzyce wyjątkowo szybko, na pewno nie zaspokajając apetytu jednokrotną lekturą. Jeśli więc jakimś cudem przegapiliście, koniecznie nadrabiajcie zaległości.

Życzenia na 2021? Postęp w walce z pandemią i idący za nim powrót koncertów (2 imprezy w minionym roku, to jakby spragnionego na pustyni poczęstować naparstkiem wody). Także uszy do góry i trzymajmy się dzielnie!


Tom Wolf

  1. Emma Ruth Rundle & Thou – „May Our Chambers Be Full”. Kolaboracja, na którą nikt nie czekał, a każdy potrzebował. Niebiański śpiew Emmy w połączeniu z bezczelną siłą Thou dało miażdżący i przepiękny owoc w postaci tego krążka. Oby tylko zechcieli zaprezentować ten materiał na żywo, żebyśmy mogli w tym uczestniczyć.
  2. Thou – „A Primer Of Holy Words”. Zespół z Nowego Orleanu jak co roku dostarczył nam mnóstwo powodów do radości. Jednym z nich jest zestaw coverów, które potraktował swoim nieziemskim ciężarem. Kawałki Sabbathów, Pearl Jam, czy Alice In Chains w ich aranżacjach to kopniak między oczy!
  3. Elephant Tree – „Habits”. Londyńczycy na swoim trzecim krążku uchwycili jednocześnie ciężar brzmienia i lekkość kompozycji, co zaowocowało pięknymi kawałkami pełnymi przestrzeni, fajnych melodii i nieco narkotycznym klimatem.
  4. All Them Witches – „Nothing as The Ideal”. Kapela z Nashville po raz kolejny udowodniła, że ma znakomity pomysł na autorski “stoner rock”. Sporo tu jednak spokoju, przekornie do zwariowanego roku 2020.
  5. Testament – „Titans Of Creation”. Mam do Testamentu wielki sentyment i zawsze z niecierpliwością czekam na kolejny album. W 2020 zespół nie zawiódł i wypuścił spójny, solidny kawałek thrashu.

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .