Znacie ten kultowy tekst inżyniera Mamonia, który podsumowuje wartość muzyki stwierdzeniem: „mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”, tak? Fantastycznie. Zatem jeśli u warszawskich łobuzów [::] oflagowanych mianem post rocka czy post metalu szukacie spokojnego, melodyjnego pasażu niezobowiązującej muzyki instrumentalnej – zapomnijcie o tym. Panowie wraz z drugim wydawnictwem pod tajemniczym tytułem XIXIX nic sobie nie robią z nadanych im łatek, ba, momentami nawet z nich kpią, i to w najlepszy z możliwych sposobów – umiejętnie. Nowa płyta kropek to przejażdżka rollercoasterem, od połamanych rytmów, zmian temp, po genialne gitarowe przestery i solówki, kończąc na nieoczywistych aranżach czy epilogach, których nijak nie można przewidzieć. Takie tam gitarowe granie z nutką dekadencji? Nie do końca.
Na początek uwagę przykuwa estetyczne dopracowanie wydawnictwa, w tym oprawa graficzna po raz drugi przygotowana przez Kubę Sokólskiego, która z założenia nasuwa skojarzenia z tajemniczością i niepokojącym klimatem. Zaskakujące, cukierkowe kolory(!) i symbole budzą ciekawość – ok, udało się. Na poprzednim krążku aux:in (2016) na etapie przystąpienia do obcowania z tą sztuką doszukiwałam się wskazówek i znaczeń w liczbie 4 – wszak 4 kropki, 4 utwory, album otwierany „na 4”. Jednak po dłuższej rozmowie z Panami (wywiad tu) okazało się, że ich pojęcie zamykania zespołu w ramkach czegokolwiek – gatunkowych, nazewnictwie kompozycji czy samej twórczości mija się z klasycznym pojmowaniem ubrania tego bytu w prostą definicję. O nie. Tu nic nie jest proste, nie ma wielu podpowiedzi ani płytkich rozwiązań. I najlepsze, że w tym szaleństwie jest metoda. Mamy tu do czynienia ze świadomymi muzykami, którzy ewidentnie lubują się w improwizacjach i poszukiwaniach, łącząc swoje pomysły w spójną całość. XIXIX przede wszystkim wydaje się albumem dojrzalszym niż debiut, szczególnie pod względem kompozycyjnym. Dalej mamy przeciągnięte intra i dziwne (nie znam w tym kontekście lepszego określenia) wyprowadzenia melodii w punktach kulminacyjnych, ale tym razem chwytliwość poszczególnych części jest już bardziej przystępna. Dobrym wstępem do płyty jest na pewno utwór pierwszy IX, w którym z miejsca wybija się praca Wiktora Jarawki na gitarze – soczyście, z polotem i odpowiednim ciężarem. Moim faworytem okazał się zaś numer drugi, zmienny jak pogoda w naszym pięknym kraju, z fajną sekcją rytmiczną na linii Kamil Stankiewicz i Jerzy Robert Chodkowski (ależ tu jest chemia!) i znów wygibasami Jarawki na przesterach. Słowo należy się również ostatniej, prawie 15-minutowej kompozycji XI, gdzie uwaga skupia się głównie na budowaniu klimatu pewnej grozy, powoli gęstniejącym i przygniatającym, aż do kulminacyjnego przyłożenia, kompletnie dla mnie niezrozumiałego acz zaskakującego (no przecież!). Podobne zatrzymanie i przywiązanie do kompozycji wywołał u mnie belgijski projekt Briqueville z płytą II, jednak porównanie może być zbytnim uproszczeniem, plus produkcja [::] (za którą odpowiada Andrzej Dziadek) wydaje się mocniej wycyzelowana.
Podsumowując materiał, nasuwa mi się dyskusyjny i niejednoznaczny wniosek, iż kropki nie stworzyli jednej opowieści, ale zawierają kilka w jednym zdaniu i w jakiś sposób to podkreślają. Raz zaakcentowane motywy nie powtarzają się na koniec, nie ma specjalnie paraboliczności ani tym bardziej jakiegokolwiek układu klasycznego pojęcia utworu. Tych trzech utalentowanych muzyków w dość podstępny sposób zaprasza do swojej przestrzeni, z której ostatecznie niełatwo wyjść – i teraz spirala z okładki jak najbardziej ma sens. Jeśli celem muzyki instrumentalnej w ekstremalnych odcieniach jest utrzymanie zainteresowania i napięcia przez cały czas trwania kompozycji, tudzież płyty, to kropki wypadają tym razem co najmniej bardzo dobrze. Warto też podkreślić zgranie i techniczne możliwości Panów, to muzycy z prawdziwego zdarzenia zafiksowani na punkcie swoich instrumentów i doskonale zdający sobie sprawę, ile potrafią zaoferować. To słychać, wyżej wymieniona świadomość muzyczna pełni tu ogromną rolę.
Na koniec więc pytanie, po co kropkom cała ta tajemnica, przy czym brak tu przesłania, ideologii, gdzie znaleźć punkt zaczepienia. Nie wyłożę wszystkiego jak na tacy, ale mam dla Was cynk: wytycznych można poszukać na koncertach rzeczonych albo przynajmniej obejrzeć materiał zarejestrowany w Nebula Studio, [::] (4dots) to zespół z innej planety – proszę.
Ocena: 8,5/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: Andrzej Dziadek, instrumental music, Kuba Sokólski Illustration, Nebula Studio, Post Rock. Post Metal, post something, Raven Studio, recenzja, review, warszawa, [::] (4Dots).







