A.V.D.L. „Scourge” (2015)

  •  
  •  
  •  
  •  

Jeśli patrzeć na całokształt geograficzno kulturowy, to Japonia jest odległa od Europy o lata świetlne i jeszcze 200 metrów. A i dla mnie kultura i sztuka wykonywana przez ten skośnooki lud jest co najmniej dyskusyjna. Żeby nie powiedzieć, że przemawia do mnie mniej więcej tak, jak przysłowiowy dziad do obrazu. Pamiętam, jak kiedyś włączyłem sobie ostatnią płytę zespołu Sigh… Zresztą nieważne.

Dlatego, gdy kilka dni temu Via Nocturna zaproponowała mi szybki dostęp do płyty zespołu A.V.D.L, nieco spanikowałem. Uwierzcie mi lub nie, ale kolejnego Graveward chyba bym nie „szczymał”. Kfardość wzięła jednak górę nad strachami z dotychczasowej płytoteki i sprowadziłem Kitajca do mojego domu.

Pierwszy utwór wymalował mi na twarzy zdziwienie i rozczarowanie. Po pierwsze żadnego Black Metalu, a po drugie ten jazzowo bluesowy kawałek wydał mi się (mimo szatańskich odgłosów w tle) nieco zbyt przewidywalny i po prostu nudnawy. Za to How is Your Live Today wyrwał mnie z kapci niczym cios Kliczki. Orbitę osiągnąłem w sekundy. Ostro, bardzo ostro, perkusja zgrana idealnie z karabinem maszynowym i to jakiegoś grubego kalibru. Do tego gitara w podobnym klimacie i ten opętańczy, szatański growl. Kolejny kawałek pozwolił mi na powrót na Ziemię, choć nie wiem już, co bardziej zabolało. Ten utwór to raczej doomowe, siermiężne i powolne klimaty, niczym czterdziestotonowy walec z pijanymi kierowcami za obiema kierownicami (tak, walec ma dwie). Ridiculously Deep to kolejny odcinek z serii „Japońska masakra maszyną budowlaną” i tylko ostry jak brzytwa wokal odcinał się zdecydowanie od tych minorowych klimatów. Monotonia utworu wcale go nie zarżnęła. Wręcz przeciwnie – ten kawałek jest jednym z ciekawszych na płycie. Desolation przypomina zdecydowanym wstępem, gdzie miejsce każdego fana A.V.D.L. Głęboko w fotelu. Zgrabna linia melodyczna ani spokojniejszy środek nic a nic nie odebrał utworowi ostrości. Bardzo, bardzo udana kompozycja. Legions of Violance, choć grany na zupełnie inną nutę, konstrukcją przypomina utwór poprzedni. Czytelna linia melodyczna, tempo jak na wojskowej stołówce i wokal wskazujący na to, że Junichi prawdopodobnie nie jest człowiekiem. Gasmask Amelia pozostaje w klimacie, tyle że melodyka może nieco tu szwankuje, a wokal przypomina hordę tłukących się pod oknami kotów. A taki piękny tytuł… Black Embrace to kolejny mocny punkt na płycie. I nie chodzi mi tylko o melodykę kawałka. Głośniki nie nadążają z wypluwaniem dźwięków a człowiek nie nadąża z ich wyłapywaniem. Procesory w wieży zdążyły się pewnie rozgrzać do czerwoności. Spokojny, wręcz ambientowy utwór tytułowy jest wręcz pożądany po takiej dawce muzyki ponaddźwiękowej. Ten kawałek przypomina mi  nieco niektóre utwory Vinterriketa lub Lustre, tyle że wokalne tło jest tu zdecydowanie bardziej zajadłe. Z albumem żegna nas znów bomba atomowa, w której forma przerosła chyba trochę treść. Jest za szybko i pomysł na kawałek nie nadążył za pędzącymi gdzieś instrumentami. A sama delikatna końcówka jest po prostu trikiem oklepanym. A szkoda.

Chowając po kilku przesłuchaniach płytę „ad acta” muszę stwierdzić, że tym razem diabeł okazał się nie aż tak straszny. I choć muzyce A.V.D.L. tak daleko jest do przyjemności, jak nam do przybyszy z Matplanety, to jeśli ktoś chciałby się nieco skatować czymś dość wyrafinowanym, to proszę bardzo. Harakiri prima sort. Via Nocturna czeka na zamówienia.

Ocena: 7,5 /10

Tagi: , , , , , , , , .