KVLT

Archaic Thorn – „Malicious Spears” (2025)

Niemiecki Archaic Thorn niedawno wrócił z drugim albumem. Po pięciu latach przerwy od debiutu zatytułowanego Eradiction otrzymaliśmy w październiku zeszłego roku następcę w postaci Malicious Spears. Krążek został wypuszczony z logo old schoolowej High Roller Records i kręci się już od kilku miesięcy na rynku.

Kolejny raz muszę napisać słowa w stylu „jest to mój pierwszy kontakt z zespołem”. Niestety nie natrafiłem wcześniej na nazwę Archaic Thorn i otrzymawszy do recenzji Malicious Spears nie byłem pewien, czego się spodziewać. Niewiele też zdradzała okładka, bo jest dosyć „plemienna” i kompletnie nie wywołuje bezpośrednich skojarzeń. Włączyłem, ok – old school. Przesłuchałem całość i skoczyłem na chwilę na debiut, by porównać. Okazało się, że dokonała się dosyć spora zmiana stylu i brzmienia. Debiut ciął w stronę Hellhammer, tego rodzaju prostolinijnego i diabelskiego chłostania. Nówka utrzymuje staroszkolny charakter, jednak wyciągnęła band z lat 80. w kierunku początku 90. Zespół zdecydowanie poprawił się technicznie i postanowił pójść w stronę death metalu, jednocześnie nie zapominając o miłości do Venom. Dzięki temu otrzymujemy miks motywów kojarzących się na przykład z Obituary, z nieco mniej gęstymi wpływami „pierwszego” black metalu. Często także można usłyszeć tu blasty, ale nie ma mowy o przesadnym zagęszczaniu aranży czy ultrabrutalizmie. Może i większość inspiracji tu słyszalnych sięga czasów, w których blasty uważane były za przegięcie, ale tu się komponują z całością całkiem sympatycznie. Przejrzystość kompozycji utrzymana jest wszędzie, szybkie zrywy pasują do archaicznego stylu całości i kula się to jak najbardziej poprawnie.

Tyle w sprawie ogólnych odczuć i komplementów. Słowo „poprawnie” kończy poprzedni akapit nie bez powodu. Przesłuchałem album kilka razy i mimo że wszystko niby tu pasuje, to mam problemy z wyciśnięciem u siebie większego entuzjazmu. „Poprawnie” może tu więc znaczyć „bez polotu”. Płyta jest monotonna – trafiając na singiel na pewno zainteresowałbym się krążkiem, ale w kontakcie z czterdziestominutową całością po prostu się nudzę. Na ten stan rzeczy bez wątpienia wpływa między innymi niezbyt ciekawy wokal M.F. Jego przeciągająca frazy maniera nie ma zbyt wiele wspólnego z agresją. Gdy czasami zdarza mu się ucinać i bardziej rytmicznie drzeć japę, jest ok, ale przez większość czasu przeciąga słowa i nie wypada to atrakcyjnie, choć też nie dyskwalifikuje. Na pewno zamula. Lepiej zrobione voxy poniosłyby utwory w większą rozpoznawalność i lepsze odczucia względem reszty. Wokale w połączeniu z jednostajnymi kompozycjami uwalają potencjał zespołu i wręcz niechętnie piszę słowa krytyki, bo słyszę w tym szansę na nagranie w przyszłości killera.

Dziś jest przeciętnie i mało wyraziście. Szkoda. Postęp między debiutem a Malicious Spears dokonał się potężny, ale według mnie niewystarczający. Oby kolejny skok był równie zauważalny i dający płytę, która mnie wbije w ziemię. Na dziś nota w połowie stawki z małym plusikiem na zachętę na przyszłość.

Ocena: 5.5

High Roller Records na Facebook’u.

Exit mobile version