Barzakh / Goresluts / Horrific Disease / Savage Deity / Shadowmirth / Suicidal – “6 Ways Of Hell” (2015)

Splity to wyjątkowo fajny rodzaj wydawnictw. Czy to na zasadzie pojedynku, czy jako akt międzyzespołowej przyjaźni, dobry splicior dostarcza nowe odkrycia a samym muzykom pozwala na eksperymenty i zabawy muzyką. Chyba, że mowa o splitach takich, jak ten. Bo to ani pojedynek ani nic nie jest, i w sumie nie wiadomo na grzyba taki miszmasz wydawać.

6 Ways Of Hell to sześć ekip, wszystkie spod skrzydeł Satanath Records (prawdopodobnie wytwórnia chciała wypromować mniej znanych podopiecznych). Trzy deathmetalowe i trzy blackmetalowe, a niektóre to nawet mieszane w swojej gatunkowości. Od każdego po dwa utwory, czyli razem dwanaście. Akuratnie na czterdzieści pięć minut grania.

Wbrew rozumowi i godności człowieka, recenzja ta będzie raczej krótka. Powód jest trywialny: niespecjalnie jest tu co opisywać. Spróbuję być jednak skrupulatny i opisać te zupełnie mi nieznajome projekty jak najlepiej. Tak więc na pierwszy ogień leci Barzakh. Granie to czarne a melodyczne. W sumie to chyba bardziej melodyczne niż czarne, gdyż blackowego jadu jest tu deficyt. Ogólnie te dwa utwory są całkiem do siebie podobne, zbudowane na tej samej zasadzie i niespecjalnie interesujące. Nie powiedziałbym, że są słabe, ale zdecydowanie brakuje im energii i emocji. Wydają się jakieś takie… bezcelowe. Fajerwerków to to nie serwuje i ogólnie nie widzę większego powodu do słuchania tego. Tym bardziej, że sztuczna perka tylko podkreśla bezduszność kawałków. No i basu brak, a to zawsze mnie boli.

Drudzy są Goresluts. Tytuł sugeruje, że muzyka może mi podejść. Szkoda, że tylko sugeruje, a sam projekt okazuje się być całkiem przeciętnym death metalem z sporadycznymi elementami “umpa umpa”. Przyjemny wokal i fajne, mięsiste brzmienie instrumentów nijak niestety nie rekompensują co najwyżej średnich, nudnych, za wolnych i dziwnie pustych kawałków. Nie ma tu zupełnie nic ekstremalnego, nie ma prędkości, nie ma dzikości, agresji jak na lekarstwo. Niby końcówka 0.69-Chaotic Toxic Turbulence brzmi troszkę lepiej, ale to chyba niechcący wyszło.

Kolejni, i jednocześnie najlepsi, są Japońcy z Horrific Disease. Jeżeli szukacie powodów na nabycie 6 Ways To Hell, to najważniejszy z nich. Szybki, napakowany energią death metal z jajem i elementami grindu nie jest niczym odkrywczym, ale przyjemnym to już owszem. To jest po prostu fajna muza, dalsze rozwodzenie się jest zbędne. Szybko, konkretnie, ostro i wulgarnie. The Pissed Punisher, a szczególnie solówka i część posolówkowa, są słodziutkie. Wadą jest brzmienie bez basu i z zbyt małą ilością dołu. Poza tym, kosior.

Kolejne Savage Deity też jest niczego sobie. To też death metal, dużo bardziej obskurny niż Horrific Disease. Jeżeli lubisz dźwięki z krypty, prawdopodobnie grupa Tajów (albo Tajek, tam nigdy nie wiadomo) ma spore szanse ci podejść. Tempa są raczej średnie, brudne i brzydkie. To znaczy, całkiem smaczne. Nie jest to może superliga, ale Vanishing Virtue umie pobujać. Szczególnie w brzmieniu, jakie tu zaprezentowano.

Później mamy Shadowmirth, które jest dziwaczną abominacją melodeathu, blacku i BDSMowych DSBMowych wokali. Czy mogę skończyć na twierdzeniu, że nie jest to najjaśniejszy punkt tej płyty? Co, nie mogę? No trudno, to powiem jeszcze że te dźwięki brzmią smutno, w obydwu kontekstach. Czasami, jak w przypadku czystych chórków na Endless, robi się nawet słuchalnie, ale rzadko. Tym bardziej, że brzmienie rodem z piwnicy dziadunia po prostu nie pasuje do takiego grania. Lepiej tą część pomińcie.

Albo nie, pomińcie do końca, bo Suicidal też nie jest niczym specjalnym. Ot, takich tam kilku (z wyglądu) dzieciaków poprzebieranych w kolce, nawiasem dodam że prześmiesznie wyglądających z grzywkami typu “od garnka”, i grających w duchu szkoły norweskiej. Całkiem nieudolnie grających, zarówno z widzenia samych kompozycji, jak i umiejętności muzyków. Wokaliście chyba regularnie aplikują wiertło w dupsko. Ot, taka tam sobie czerninowa popelinka dla nikogo.

Koniec końców, split do czegoś się przydał. Horrific Disease było bardzo przyjemne, Savage Deity troszkę mniej, ale też miło było ich poznać. Resztę można sobie odpuścić. Cytując klasyka: może nie najtaniej… ale jako-tako.

Ocena: 5,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .