Przez jakiś czas szkockie trio Biffy Clyro było jednym z najbardziej dziwnych i właściwie trudnych do sklasyfikowania bandów Wielkiej Brytanii. Z jednej strony melodyjnie i klasycznie rockowo, trochę zachowawczo, ale jeśli się przyjrzeć (i przysłuchać) bliżej, Biffy Clyro to przede wszystkim zawsze niewybredne teksty, podszyte pokręconymi riffami i zmiennym tempem, gdzie słychać i post-hardcore, i post-punk, i pop-rock, i nie wiadomo co jeszcze: Clint Mansell, trąbki, klawisze, mariachi, chórki, wrzaski – czemu nie! Na przestrzeni 20 lat grania (tak, działają od połowy lat 90.!) stracili trochę na swojej dziwności i zaskakiwaniu słuchacza tym, co w nich najlepsze – tą niejednoznacznością. 8 lipca br. wyszedł 7 album formacji pt. Ellipsis, który stanowi zamknięcie pewnej trylogii – albumów Opposites i Similarities. Tym razem Panowie zmienili producenta, porzucając wieloletniego orędownika Gartha Richardsona (m.in. Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine) na rzecz Richa Costey’a (m.in. Muse, Sigur Ros), który obecnie publicznie deklaruje miłość do hip-hopu. Dobra zmiana? Już odpowiadam. Nowy album Biffy Clyro to świetne brzmieniowo dzieło, znów przemyślane, ponownie melodyjne, ale okrojone z większej mocy, post-punkowej surowości i połamanych rockowych schematów, które tak mnie porwały przy poprzednich wydawnictwach. Czegoś jednak zabrakło.
Promocja albumu rozpoczęła się zaprezentowanym w kwietniu „Wolves of winter” z ciekawym animowanym klipem, który jednocześnie otwiera Ellipsis i nietypowo jest…typowy dla Biffy Clyro. Ot, ekspresyjny, dobry wokal, mocna perkusja i słyszalna linia basowa, która jednak gdzieś ucieka pod osłoną produkcji. Zwiastun płyty miał dać do zrozumienia, że Simon Neil oraz bracia James i Ben Johnstonowie doskonale wiedzą jak o sobie przypomnieć. Festiwale znów zaproszą ich jako headlinerów, radia pokochają, fani zalajkują. I prawidłowo, jednak dalej jest zwyczajnie zbyt poprawnie. W kolejnym singlu „Animal style” euforia trochę się mi spada, jest wprawdzie riff na modłę Muse, ale spokojniejszy, a i całość nie jest już tak przebojowa. Sugestywne „Friends and enemies” prawie w formie hymnu z dziecięcym chórkiem czy „Medicine” przyjmie każda rozgłośnia radiowa, a „Re-arrange” może śmiało pretendować do tytułu co rzewniejszych pop-rockowych ballad. Ciekawiej robi się w „On a bang” o punkowym zabarwieniu, gdzie w końcu jest jakieś szaleństwo w postaci „młotkowej” perkusji, czy zamykający album w wersji deluxe – najlepszy moim zdaniem utwór „In the Name of the Wee Man”, który ma właściwie wszystko, żeby stać się kolejnym przebojem formacji z poszarpanymi riffami i rykiem Neil’a na końcu.
Żeby jednak za bardzo nie rozczulać się nad brakiem tej „dzikości” w Ellipsis, warto zwrócić uwagę w czym tkwi moje niesłabnące zainteresowanie Biffy Clyro – jw. bezpretensjonalne teksty, bezpruderyjna otwartość i osobiste wycieczki w stany podświadomości autora. Simon Neil nigdy nie ukrywał, że chorował na depresję i targały nim uzależnienia („Medicine” to ukłon w tę stronę). Nie owija w bawełnę, kiedy podobnie jak Josh Homme wykrzykuje „Why can’t you fucking do better?!” w „On a bang”, czy przewrotnie, zahaczając o styl country (o zgrozo) w numerze „Small wishes” mówi o (szkockiej?) niepodległości. Nie ma w tym jednak scenicznej dramaturgii czy przewrażliwionej kokieterii, ale szczerość, która się udziela i każdy uważny słuchacz ją doceni. Dlatego, nie – nie każdy zespół grający w podobnej stylistyce mógłby nagrać takie Ellipsis. Tym samym sugeruję nie zabierać się za ten krążek, jeśli zupełnie nie słyszeliście poprzednich płyt Biffy Clyro. Nadal jestem daleka od klasyfikowania składu w ramki auto-powtarzalności, jak się dzieje u AC/DC czy Disturbed, choć pewien styl wyznaczają, jednak ostatecznie spodziewałam się jakiejś ponad-gatunkowości w szerszym wymiarze. Album może i jest momentami za bardzo przewidywalny, ale zyskuje w miarę kolejnych spotkań – czy to na plus, zostawiam Wam.
Słowo o okładce: genialna! Dawno nie urzekł mnie tak mocny i jednocześnie bardzo oszczędny w przekazie kadr na płytę – czarno białe zdjęcie trzech nagich mężczyzn w pozycji embrionalnej ma symbolizować odrodzenie. Istota elipsy. Kiedy fasady opadają, jesteśmy nadzy i bezbronni, rodzimy się nowo z każdym pokonanym demonem. Proste i wymowne. I Biffy Clyro na nowo odradzają się w przekazie. Jednak muzycznie idą wydeptaną ścieżką, bez wyraźnych zakrętów. Trochę szkoda.
Ocena: 7/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: alernative rock, art rock, Biffy Clyro, Muse, recenzja, rock.







