Przejdź do treści

BITTERNESS – „Hallowed Be the Game” (2026)

0

Z półrocznym poślizgiem wpadła mi w ręce nowa płyta niemieckiego Bitterrness zatytułowana Hallowed Be the Game, wydana nakładem wytwórni G.U.C. (German Underground Crossection). Premiera krążka odbyła się 6 lutego i jest to już ósmy pełniak w dwudziestopięcioletniej historii zespołu. Bitterness mimo bardzo długiego stażu jest nadal załogą podziemną. Nie miałem okazji do tej pory natrafić na ich muzykę, więc są to debiutanci w moim odtwarzaczu.

Zapoznanie się z Hallowed Be the Game rozpocząłem klasycznie od spraw technicznych. Tu nie ma lipy, materiał nagrano w Iguana Studios pod okiem producenta Christopha Brandesa. W studiu tym nagrywały się takie zespoły jak Necrophagist, The Spirit czy Thulcandra, więc poziom jest. Bitterness wyciągnęło ze studia ile się dało, dzięki czemu płyta brzmi mocno i żywo. Za okładkę odpowiada Andrei Bouzikov, który ma na koncie współpracę na przykład z Muncipial Waste i Havok. Nie powiedziałbym, że okładka mi się podoba, ale artysta sam w sobie należy do zasłużonych. Miłym akcentem wzbogacającym płytę są gościnne, wokalne wykony Andreasa „Gerre” Geremia (Tankard) i gitarowe popełnione przez Michaela Goldschmidta (Goldsmith, Blackened).

Nowy album zespołu bez owijania w bawełnę można nazwać czystym thrash metalem. Pomimo niemieckiego pochodzenia muzycy gustują silniej w metalu z rejonów Bay Area, a szczególnie wyczuć tu można miłość do Exodus. Kilka bardziej melodyjnych zagrywek przywołuje skojarzenia z Kreatorem okresu Violent Revolution, jednakże całość to pure thrash. W tym nieco przekraczającym czterdzieści minut albumie można odnaleźć dużą liczbę świetnych riffów, które wraz z bardzo dynamiczną grą perkusji dają silnie energetyczny efekt.
Moje pierwsze odsłuchy odbyły się z wielką dawką entuzjazmu, bo zawiedziony ostatnim albumem Exodus marzyłem o trafieniu na jakąś thrashową perełkę. Jak się z czasem okazało, płyta mnie całkowicie nie oczarowała, ale przyznać muszę muzykom, że większość się tu zgadza. Rzemiosło jest opanowane na poziomie wysokim, utwory skonstruowane są bardzo „koncertowo” i podejrzewam, że w wersji live kopią tyłki wzorowo. Jedyne, co muszę zarzucić płycie, to sposób aranżu wokali. Do samej barwy nie ma żadnych zastrzeżeń, Frank brzmi rasowo, wokal jest zdarty i w punkt. Jednak Frank jest też gitarzystą i można bez problemu wyczuć, że swoje głosy pisze pod riffy. Czasami jest to jak najbardziej na miejscu, ale brakuje mi tu jakichś wariacji w tym temacie, przydałoby się czasami wybić ze schematu, pójść pod prąd. Bez tego wdziera się fragmentami monotonia i kładzie delikatnie odbiór całości. Nie jest to zarzut, który może dyskwalifikować płytę, ale gdyby w tej materii działo się więcej, album byłby skuteczniejszy.

Bitterness nadal walczy o wzmocnienie pozycji. Jego długa historia do tej pory nie przyniosła większego rozgłosu, jednak ruchy jakie muzycy wykonali przy okazji nowej płyty wskazują, że myślą i działają jak należy. Ruchy w kierunku stworzenia wartościowego, pełnego produktu muszą przynieść efekty. Osobiście uważam, iż band zasługuje na większą rozpoznawalność, a jego muzyka powinna pojawiać w przestrzeni publicznej gęściej. Hellowed Be the Game nie jest albumem idealnym, ale zjada wiele popularniejszych płyt „konkurencji”. Warto sprawdzić.

OCENA: 7/10
(Visited 1 times, 1 visits today)